Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Będą kary dla lekarzy, którzy za rzadko wykrywają raka. Rząd przyjął pakiet antykolejkowy

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-11 Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła
- Będzie bolało - przestrzegał Bartosz Arłukowicz, zapowiadając swój pakiet antykolejkowy podczas wspólnej konferencji z premierem Donaldem Tuskiem pod koniec marca © copyright -c- Fot. Sławomir Kamiński - Agencja Gazeta - Będzie bolało - przestrzegał Bartosz Arłukowicz, zapowiadając swój pakiet antykolejkowy podczas wspólnej konferencji z premierem Donaldem Tuskiem pod koniec marca

Zmiany zaproponowane w nowelizacji ustawy zdrowotnej dotyczą jednak nie tylko zniesienia kolejek dla chorych na raka, ale także zapowiadanej od dwóch lat reformy NFZ.

Zamiast obiecywanej decentralizacji i większej samodzielności dla oddziałów funduszu zapowiada się zmiana w odwrotnym kierunku - wszystkie ważne decyzje będą zależały od ministra, a NFZ będzie tylko od tego, by za nie płacić.

Będzie kara za pomyłkę lekarza

Pakiet antykolejkowy zakłada, że będziemy mogli zapisać się do kolejki tylko w jednym miejscu. Jeśli nie pokażemy w ciągu dwóch tygodni oryginału skierowania, zostaniemy wykreśleni. Jeśli nie zgłosimy się w terminie na badanie lub zabieg - wypadniemy z kolejki. Będziemy musieli czekać od nowa, nawet jeśli będzie to miało trwać kilka lat.

Pacjenci z podejrzeniem nowotworu dostaną od lekarza rodzinnego tzw. zieloną kartę. Dzięki niej nie będą musieli czekać na tomografię, rezonans czy inne badania potrzebne do diagnozy. Karty będą miały niepowtarzalne numery, tak jak teraz recepty. Ma to zapobiec ich fałszowaniu.

Ministerstwo boi się też masowego wydawania "zielonych kart" wszystkim, którzy tylko nie zechcą czekać w kolejkach. Dlatego karty będą wydawać wyłącznie lekarze, którzy "osiągną minimalny wskaźnik rozpoznawania nowotworów".
- Nie chcemy, żeby lekarze masowo wysyłali chorych na badania. Dlatego na 15 skierowanych pacjentów co najmniej jeden musi mieć raka - tłumaczy wiceminister zdrowia Sławomir Neumann.

Jeśli lekarz straci prawo do wydania "zielonej karty", a jednak ją da choremu, u którego będzie podejrzewał raka, to NFZ nałoży na niego karę finansową - 2 proc. wartości całego kontraktu.

- Odgórnie narzucony wskaźnik jest niewykonalny. Lekarz rodzinny może mieć wśród swoich pacjentów średnio pięć zachorowań na raka rocznie, ale część z nich wykrywana jest od razu u specjalistów. W niektórych regionach jest też więcej zachorowań, w innych mniej. Lekarze ze strachu przed karą pieniężną albo odebraniem prawa do wydawania "zielonych kart poczekają, aż objawy u chorego będą wyraźniej wskazywały na raka. To opóźni diagnozę, zamiast ją przyspieszyć, i cały pakiet weźmie w łeb - przewiduje Andrzej Sośnierz, były prezes NFZ.

Karaniu za małą liczbę "trafień" sprzeciwiają się lekarze rodzinni. Ze strachu większość z nich być może wcale nie będzie chciała wdrażać u siebie pakietu antykolejkowego.

Przeciwny jest też prof. Jacek Jassem, szef Polskiego Towarzystwa Onkologicznego. Napisał o tym kilka tygodni temu w liście do Bartosza Arłukowicza, prosząc o poprawki w projekcie ustawy. Minister nie posłuchał, więc onkolodzy odcinają się teraz od pakietu.

Resort się tym nie przejmuje. - To normalne, że premiować będziemy tych, którzy przykładają się do pracy i stawiają trafne diagnozy. Wszędzie na świecie tak ocenia się pracę lekarzy, tylko u nas są tacy nadzwyczajnie wrażliwi - mówi Neumann.

Cała władza w ręce ministra

Rozczarowanie ekspertów budzą zmiany dotyczące NFZ. Od dwóch lat Arłukowicz i Neumann zapowiadali stworzenie 16 samodzielnych wojewódzkich funduszy zdrowia. Dzięki temu miały zyskać autonomię w podejmowaniu decyzji i sprawniej wydawać pieniądze na leczenie, biorąc pod uwagę lokalne potrzeby zdrowotne, a nie wytyczne narzucone przez centralę.

Jednak zamiast decentralizacji będzie centralizacja. Dziś prezesa NFZ powołuje premier na wniosek ministra zdrowia. Do prezesa należy wybór dyrektorów oddziałów. To się zmieni: i prezesa, i dyrektorów oddziałów ma powoływać minister zdrowia. Minister ma też powoływać radę NFZ i rady oddziałów wojewódzkich. Będzie też decydować o wszystkim, co dotyczy konkursów na leczenie, czyli o tym, jakie warunki muszą spełniać szpitale i poradnie starające się o kontrakt, jakie są kryteria oceny ofert, ile wydać pieniędzy na poszczególne rodzaje leczenia.

Minister będzie też zatwierdzać ogólnopolską mapę potrzeb zdrowotnych. Mapa będzie tworzona przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego (NIZP) na podstawie lokalnych map zatwierdzanych przez wojewodów. Każdy wojewoda będzie miał do pomocy radę złożoną ze wszystkich konsultantów wojewódzkich oraz "pięciu osób wyróżniających się wiedzą w zakresie zdrowia publicznego". Łącznie rada będzie więc liczyć w każdym województwie 80 osób. Trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek wszyscy naraz będą mogli się spotkać i zatwierdzić plan. - To rzeczywiście zły pomysł. Zmienimy to - obiecuje Neumann.

Co do reszty nie widzi problemu: - Chcieliśmy decentralizacji, ale po rocznych konsultacjach zmieniliśmy zdanie, bo nie było zgody w tej sprawie. Zmiany, które proponujemy, dają gwarancję, że Fundusz już nigdy nie będzie działał wbrew ministrowi zdrowia.

Rola NFZ będzie w nowym systemie czysto techniczna. Ma przeprowadzać konkurs według wytycznych ministra, podpisywać kontrakty i wypłacać pieniądze za leczenie. Natomiast wycena świadczeń będzie należeć do podległej resortowi zdrowia Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). Powstanie przy niej rada taryfikacji. Jej członkowie będą musieli spełnić wyśrubowane warunki: nie będzie wolno im pracować w szpitalu czy przychodni, które mają kontrakt z NFZ, ani też zajmować się wyceną dla innych firm niż AOTMiT, czy nawet doradztwem w tej dziedzinie. Zakaz dotyczy także ich krewnych i życiowych partnerów. Ministerstwo jest pewne, że znajdzie ekspertów spełniających te wymogi. Sami eksperci wątpią, bo musieliby zrezygnować z wszystkich innych zajęć. 2-3 tys. zł za udział w posiedzeniu rady nie zrekompensuje im zarobków.

- Takiej centralizacji w zdrowiu nie było nawet za czasów PRL - komentuje Marek Balicki z SLD, były minister zdrowia. Zgadza się z nim Andrzej Sośnierz: - Pieniądze dawało wtedy ministerstwo, ale w terenie dzielił je lekarz wojewódzki, którego powoływał wojewoda. Teraz o wszystkim, od stanowisk do kontraktów, ma decydować minister zdrowia. To chore rozwiązanie.

Uważają, że łatwiej będzie dawać kontrakty na leczenie po uważaniu. Minister nie poprosi już na piśmie NFZ (jako formalnie niezależnej od niego instytucji) o wyjaśnienie, dlaczego ten czy inny szpital stracił kontrakt albo go w ogóle nie dostał. Wystarczy mu telefon do podwładnego dyrektora. A ponieważ kontrakty będą zależały od ministra, nie skrytykuje go też żaden szef szpitala.

Zmiany mają wejść w życie 1 stycznia 2015 r.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon