Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Ekspansja Putina i szpagat Merkel. Klaus Bachmann o niemieckim oszołomieniu

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-08 Gazeta Wyborcza, Klaus Bachmann*
Władimir Putin i Angela Merkel podczas obchodów D-Day © Fot. AP Photo/Alexander Zemlianichenko Władimir Putin i Angela Merkel podczas obchodów D-Day

W obliczu rosyjskiej agresji Berlin ucieka od europejskiego przywództwa.

Kiedy rozczarowani studenci, ich rodzice, mieszkańcy Kijowa, opozycyjni politycy ukraińscy i członkowie organizacji nacjonalistycznych walczyli na kijowskim Euromajdanie, klimat medialny w Niemczech nie różnił się ani na jotę od atmosfery w Polsce. Tu i tam dziennikarze ogłaszali, że oto Ukraina obala krwawego dyktatora, aby zintegrować się z Unią Europejską, tak jakby protestujący reprezentowali całą Ukrainę. Na Majdanie niemieccy i polscy politycy wygłaszali płomienne przemówienia, a w swoich stolicach domagali się, "aby Unia wysunęła poważniejszą ofertę wobec Ukrainy".

W Polsce to się nie zmieniło, a kiedy Kreml zagarnął Krym, proukraińskie nastawienie polskiej opinii tylko się wzmogło. Stało się jasne, że nie ma co liczyć na to, że Rosja szybko stanie się obliczalnym partnerem. Za to w Niemczech komentatorzy medialni, znani z wyrozumiałości dla Rosji, nagle zamilkli. Przez ostatnich kilkanaście lat doktryna wszystkich rządów w Berlinie przewidywała wobec Rosji prowadzenie "partnerstwa dla modernizacji". Gęsta sieć kontaktów, transakcji i umów handlowych, finansowych i politycznych oplatających Rosję miała uczynić Kreml obliczalnym.

Zagarnięcie Krymu przyniosło spektakularną klęskę owego "partnerstwa". Popłoch, jaki dziś panuje w niemieckich ośrodkach analitycznych, wśród komentatorów i dyplomatów wynika z tego, że nigdy nie wymyślono żadnej alternatywy dla niego - bo oznaczałaby ona rezygnację z założenia, że Rosja nie może i nie chce być agresywna. Oznaczałaby też rezygnację z tej dywidendy pokoju, która Niemcom (i nie tylko im) po 1989 r. pozwoliła na zmniejszenie wydatków na bezpieczeństwo i przeznaczenie tych środków na rozwój infrastruktury i politykę społeczną.

Po rosyjskiej inwazji na Krym entuzjazm i sympatia dla walczących o demokrację i integrację europejską Ukraińców niemal całkowicie w Niemczech zanikły. Pojawiła się za to silna tendencja do usprawiedliwiania działań Rosji i jej "uzasadnionych interesów bezpieczeństwa", do przedstawiania Ukrainy jako upadłego państwa z nacjonalistycznym rządem i faszystowskimi milicjami.

Towarzyszy temu lęk przed wojną. Nakłada się nań skuteczny lobbing prorosyjskich grup nacisku, które starają się zapobiec jakimkolwiek dotkliwym dla Rosji sankcjom, argumentując to albo ich małą skutecznością, albo retorsjami, jakimi Rosja może się odwzajemnić.

Nagle okazuje się, że "partnerstwo dla modernizacji" działa dokładnie odwrotnie - nie wiąże rąk Rosji, lecz Niemcom. Wbrew faktom większość Niemców jest przekonana, że ich kraj jest gospodarczo uzależniony od Rosji, mimo że rosyjski rynek ma dla Niemiec mniejsze znaczenie niż holenderski, włoski albo polski - ale ma kapitalne znaczenie dla kilku dużych koncernów, które zawsze miały i mają łatwe dojście do kanclerza.

Mityczna Rosja

Po Bismarcku popularny stał się w Niemczech nurt widzący w Rosji nie partnera, lecz kolosa na glinianych nogach, który rozpadnie się pod presją nacjonalizmów uciskanych w imperium rosyjskim narodów. Podczas I wojny światowej Niemcy i Austro-Węgry starały się ten rozpad przyśpieszyć, buntując Ukraińców czy Polaków przeciw carowi. Z tego czasu datują się i niemiecka sympatia, i poparcie dla narodowego ruchu ukraińskiego. Po powstaniu ZSRR Ukraina została wymazana z niemieckiej pamięci zbiorowej.

Dziś w Niemczech konserwatyści często przenoszą swą dawną fascynację przedkomunistyczną Rosją na obecną Federację Rosyjską, porównując np. Putina do cara. Lewica natomiast przenosi na nią swój dawny stosunek do ZSRR. Niemieccy lewicowcy (ostatnio Günter Verheugen) oburzają się na udział "faszystowskich" polityków Swobody w rządzie tymczasowym w Kijowie, choć nigdy nie raziła ich wielkorosyjska propaganda Kremla (który teraz określa wschodnią Ukrainę jako "Noworosję") albo przyzwolenie władz na przemarsze skrajnie prawicowych bojówek, które w przeszłości przepędzały handlarzy z Kaukazu z moskiewskich targowisk.

O Rosji każdy coś w Niemczech wie i jest to raczej coś dobrego. O Ukrainie większość niemieckich polityków i dziennikarzy nie wie nic poza stereotypami zaczerpniętymi z propagandy rosyjskiej. Na niemieckiej mapie pamięci Ukraina jest białą plamą.

Kreml górą

W ostatnich miesiącach w Niemczech w każdej dyskusji o Ukrainie wypływała kwestia nigdy nieuchwalonej przez kijowską Radę Najwyższą ustawy językowej wprowadzającej ukraiński jako jedyny język urzędowy. Przyjmowała wręcz karykaturalne rozmiary, kiedy np. emerytowany generał Bundeswehry grzmiał, że Ukraina "chciała zakazać używania rosyjskiego".

Wszystkie te wypowiedzi miały, rzecz jasna, miejsce po inwazji na Krym, wcześniej bowiem, kiedy jeszcze zachłystywano się ukraińskim wolnościowym zrywem, ukraiński Wschód tak samo nie istniał w świadomości Niemców, jak i ludzie mówiący po rosyjsku i niechętni wobec integracji europejskiej.

Potem przyszedł czas na stereotyp, że to, jakim językiem mówią Ukraińcy, decyduje o ich stosunku do Rosji. Po inwazji na Krym politycy i komentatorzy sprawdzali natychmiast, gdzie przeważają na Ukrainie mówiący po rosyjsku, zakładając, że oni też będą chcieli się zjednoczyć z Rosją.

Tak powstał kolejny stereotyp o jednolitym, prorosyjskim Wschodzie. Nikt go nie kwestionował, bo tych, którzy mogliby to zrobić, nikt nie zapraszał do studia. Debaty publicznej telewizji o Ukrainie odbywają się niemal wyłącznie w gronie Niemców i Rosjan. Jedyne spotkanie, w którym zamiast rosyjskiego dyplomaty widziałem (dobrze mówiącego po niemiecku) ukraińskiego ambasadora, odbyło się akurat w amerykańskim think tanku w Berlinie. W ARD i ZDF o Ukrainie mówili korespondenci z Moskwy, rosyjscy dyplomaci i rosyjscy korespondenci w Niemczech i tylko czasami pojawiła się tam też członkini zarządu Partii Piratów Marina Weisband, urodzona w Kijowie.

Kolejne zwycięstwo nad duszami niemieckimi Kreml odniósł, kiedy prorosyjskim separatystom udało się opanować Słowiańsk i żołnierze ukraińscy oddali im wozy opancerzone. Od tego momentu w niemieckich mediach cały "wschód Ukrainy pogrążył się w chaosie", "Kijów nie panował już nad Wschodem" - na Ukrainie nie rozgrywa się już wspierana z zewnątrz irredenta, lecz "wojna domowa", bo o tym, że w większości obwodów poparcie dla separatyzmu wynosi co najwyżej kilkanaście procent, nikt nie wie albo wiedzieć nie chce.

Absurdy, absurdy

Apogeum absurdów nastąpiło, kiedy separatyści porwali kilku obserwatorów OBWE, w tym czterech Niemców. Ta sprawa zdominowała media niemieckie przez kilka dni, ale stosunek do Rosji się nie zmienił, przynajmniej nie na gorszy. Kreml oświadczył, że stracił kontrolę nad separatystami w Słowiańsku, co równało się przyznaniu, że dotąd jednak miał kontrolę nad nimi. W to akurat nikt nie wątpił. W końcu dlatego kanclerz Angela Merkel w trakcie rozmów z Barackiem Obamą o sankcjach dzwoniła do Putina, prosząc go o pomoc.

W tym samym czasie były kanclerz Schröder obściskiwał się publicznie z Putinem na swoich 70. urodzinach, które urządzał mu Gazprom w Petersburgu. Jego obrońcy snuli przypuszczenia, że wstawił się tam za zakładnikami. (Nikomu nie przyszło do głowy, że mógłby się wstawić za Ukrainą). Wszyscy krytycy i obrońcy byłego kanclerza zakładali milcząco, że za porywaczami jednak stoi Putin. Paradoksalnie to przekonanie szkodziło Schröderowi, ale nie Putinowi. Bo Putin nie jawi się jako ten, który nakazał albo tolerował porwanie Niemców, lecz jako ten, który spowodował ich uwolnienie.

Minister obrony Ursula von der Leyen uznała, że uwolnienie pokazuje, że Rosja powraca na drogę kompromisów i dyplomacji". Pewnie dlatego podziękowała też Putinowi, zapominając, że kilka godzin przed jej pochwałami w krwawych starciach zginęło prawie 50 osób. Zgodnie z pokraczną logiką niemieckiego rządu i znacznej części mediów Rosja może robić, co chce - może porwać Niemców albo ich uwolnić, zająć Krym albo nie, podpalić kolejne ukraińskie miasta albo chwilowo nakazać wycofanie się separatystów - i tak jest to jedynie powód, aby "poczynić dalsze wysiłki dyplomatyczne" (formuła szefa MSZ Franka-Waltera Steinmeiera), a sankcje, dopóki nie przyniosą rezultatów, odłożyć na później.

Niemiecki szpagat polega na tym, że od początku rosyjskiej interwencji na Ukrainie Steinmeier (SPD) i Merkel (CDU) starali się mediować między wszystkimi: USA i Rosją, Rosją i Unią - i między samymi sobą i Rosją. Zamiast przewodzić Unii, przejąć inicjatywę, budować jednolity front, który może przeciwstawić się Rosji i stabilizować Ukrainę, Niemcy robią wszystko, aby zachować status quo - ale nie to, które istniało w lutym, lecz to, które Rosja codziennie tworzy na nowo. Tak postępuje jeden z ważniejszych członków UE i NATO, którego miejsce powinno być po zachodniej stronie konfliktu - a nie gdzieś pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem. Ale w rozumieniu niemieckiej polityki to, co się na naszych oczach rozgrywa, nie jest konfliktem między Zachodem i Rosją, lecz ukraińską wojną domową, która może eskalować, jeśli nie zadba się o konstruktywny dialog z Moskwą.

Niemcy poza NATO i Unią?

W czasie kryzysu strefy euro Niemcy odgrywały wiodącą i stabilizującą rolę i dlatego w tej fazie konfliktu, która rozgrywała się na kijowskim Majdanie i w kilku innych miastach, wszyscy, z Obamą włącznie, liczyli na to, że zostanie on rozwiązany dzięki inicjatywie Merkel. Feralnego dnia, w którym Steinmeier, Radosław Sikorski i szef MSZ Francji Fabius pojawili się w Kijowie, wyglądało na to, że to się uda. Ale po aneksji Krymu niemiecki rząd zaczął się zachowywać tak, jakby był neutralnym mediatorem między Zachodem i Rosją. Pod wpływem Niemiec opracowano kontrproduktywny system "trójstopniowych sankcji", wedle którego każda kolejna faza miała nastąpić po kolejnej eskalacji ze strony Rosji. Służyło to od początku do symbolicznego karania Rosji, ale nie do jej powstrzymania. Gdyby miało Rosję powstrzymać, sankcje musiałyby być dotkliwe od początku.

Obecny mechanizm sankcji nakręca, a nie hamuje eskalację działań Rosji: cena za kolejne naruszenia prawa międzynarodowego nie jest z góry znana, więc nie odstrasza. Zarazem, jak pokazała aneksja Krymu, zagarniając kolejne części Ukrainy, Putin nie zyska atutu, który pozwoliłby mu wpłynąć na przebieg transformacji politycznej Ukrainy, bo tego, co zagarnie, nie może już "przehandlować" na nic innego - tak bardzo jest w tej chwili nacjonalistycznie rozhuśtana opinia publiczna w Rosji. Dlatego Putin destabilizuje wschodnią Ukrainę, zamiast przejmować jej kolejne części. Wycofanie tzw. bojowników w ramach negocjacji o "federalizacji Ukrainy" rosyjska ulica jeszcze strawi, ale zajęcia tego, co nazywa się w Rosji "Noworosją", po to, aby w wyniku negocjacji z tego rezygnować, nikt w Rosji by mu nie wybaczył. Putin stał się zakładnikiem nacjonalizmu, który sam rozkręcił i który teraz hamuje jego ruchy bardziej niż sankcje UE.

Tak się stało, bo niemiecki rząd skutecznie hamował zapędy USA, by ogłosić ostrzejsze sankcje. Teraz minister Steinmeier promuje na Ukrainie pomysł tworzenia "okrągłego stołu", przy którym brakuje najbardziej wpływowych graczy - Rosji i prorosyjskich separatystów. Jak skuteczny byłby polski Okrągły Stół, gdyby przy nim zabrakło przedstawicieli wojska i PZPR? Ale ten mebel nie służy do zażegnania konfliktu albo powstrzymania Rosji, tylko do tego, by odsunąć moment, w którym Niemcy będą musieli się przyłączyć do ostrzejszych, amerykańskich sankcji. Bo w sondażach większość Niemców nadal jest przeciwko sankcjom ekonomicznym. W jednym z nich prawie połowa ankietowanych widzi dziś miejsce Niemiec "między Zachodem i Wschodem", czyli dokładnie w tym szpagacie, w którym Merkel, Steinmeier i von der Leyen obecnie się znajdują.

Niemcy nie nadają się ani na lidera Unii, ani na poważnego partnera w ramach NATO. Czasy, kiedy potrafiły skutecznie sięgać po książeczkę czekową, kontakty handlowe, kanały dyplomatyczne, służby specjalne, sankcje, instytucje międzynarodowe - chyba minęły bezpowrotnie. Dziś głównym narzędziem polityki zagranicznej Niemiec jest telefon, a najczęściej wykręcany przez Angelę Merkel numer to numer pewnego telefonu w Moskwie.

* Klaus Bachmann - profesor politologii w SWPS, do 2004 r. niemiecki korespondent zagraniczny w Polsce, na Ukrainie i na Białorusi, od 2001 w Brukseli.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon