Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Herbaciany populizm wraca. Republikanie coraz bardziej radykalni

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-12 Mariusz Zawadzki, Gazeta Wyborcza
Eric Cantor © copyright -c- Fot. JONATHAN ERNST-REUTERS Eric Cantor

Zaskakujący wynik republikańskich prawyborów w stanie Virginia, gdzie nieznany populista pokonał partyjnego lidera, nie rokuje najlepiej na dwa ostatnie lata rządów Obamy.

Do tej pory nigdy nie zdarzyło się, by przywódca większości w Kongresie przegrał prawybory we własnej partii, i tym sposobem odpadł w przedbiegach z jesiennych wyborów parlamentarnych. Pierwszym, który tego dokonał, jest republikanin Eric Cantor.

Jego upadek wywołał wstrząs w partii republikańskiej, w której od kilku lat o rząd dusz walczą umiarkowani pragmatycy - ten nurt reprezentował przegrany kandydat na prezydenta Mitt Romney - z populistami z Partii Herbacianej (Tea Party).

Szok jest tym większy, że elokwentny i przystojny Cantor, kongresman z 14-letnim stażem, popierany przez bogatych darczyńców, wydał na kampanię wyborczą 20 razy więcej niż jego rywal, nikomu nieznany profesor ekonomii David Brat, który identyfikuje się właśnie z Tea Party. Wyniku nie przewidział nikt - np. statystyk Nate Silver, do niedawna dziennikarz "New York Timesa", który jest słynny w Ameryce z niemal bezbłędnego prognozowania wyników wyborów, zapowiadał wygraną Cantora różnicą około 20 proc. głosów.

Cantor również, podobnie jak zwycięski prof. Brat, podawał się za kandydata Tea Party, ale republikańscy wyborcy, którzy wcześniej wybierali go siedmiokrotnie, tym razem uznali go za farbowanego lisa. Jego największym grzechem było nieśmiałe poparcie planów reformy imigracyjnej prezydenta Obamy, czyli przyznania obywatelstwa USA większości z 12 mln nielegalnych imigrantów. Mieliby oni zostać objęci amnestią, czyli nie ponieść konsekwencji tego, że przez lata łamali amerykańskie prawo.

Prof. Brat całą swoją skromną kampanię skoncentrował na tej sprawie. W ostatnich tygodniach powtarzał prosty komunikat: "Głos na Cantora to głos za amnestią i za otwartymi granicami kraju". Dodawał też, że jego rywal jest związany z zepsutymi waszyngtońskimi salonami, tymczasem on, tzn. prof. Brat, reprezentuje lud, czyli prawdziwych Amerykanów.

Klęska faworyta nie jest dobrym prognostykiem dla Obamy, nawet pomimo tego, że Cantora osobiście bardzo nie lubił.

Jeśli kandydaci Tea Party, którzy uważają obecnego prezydenta za "socjalistę" i największego szkodnika we współczesnej historii Ameryki, osiągną dobry wynik w jesiennych wyborach do Kongresu, to ponadpartyjne porozumienie w jakiejkolwiek sprawie będzie niemożliwe. I Obama niczego istotnego już nie osiągnie. Cantor wprawdzie ostro krytykował prezydenta, ale wykazywał - jak pokazuje przykład reformy imigracyjnej - pewne zdolności do kompromisu.

Co gorsza, nawet bardziej umiarkowani Republikanie, którzy przetrwają jesienne wybory - przerażeni wpadką Cantora - będą się bali poprzeć jakiekolwiek inicjatywy firmowane przez Obamę i Demokratów.

Taki zwrot nastrojów jest o tyle zaskakujący, że populistyczny nurt w ramach Partii Republikańskiej wydawał się ostatnio w odwrocie. Szczególnie po ubiegłorocznym zamknięciu rządu, kiedy z winy republikańskich populistów Kongres nie przyjął budżetu i przez dwa tygodnie brakowało pieniędzy na finansowanie ministerstw, urzędów i parków narodowych w całej Ameryce. Umiarkowani Republikanie, wśród nich senator John McCain, pouczali partyjnych kolegów, że są granice sprzeciwu wobec Obamy. Protest nie może mianowicie prowadzić do osłabienia i ośmieszenia państwa.

Sondaże wskazywały, że Amerykanie oceniali postępowanie prawicowych populistów w sprawie budżetu jako nieodpowiedzialne. Ale pół roku później przegrana Cantora jest sygnałem, że zapowiedzi schyłku Tea Party były chyba przedwczesne.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon