Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Mieli zarobić fortunę w pięć lat. Legalnie. Jak doszło do tego, że dziś siedzą w areszcie?

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-08 Gazeta Wyborcza, Roman Daszczyński
Agro-Nord © copyright -c- Fot. Rafał Malko - Agencja Gazeta Agro-Nord

Jak było z tą łapówką? Aż wstyd powiedzieć. Najpierw pojawił się Tadeusz, obiecał, że pomoże wyjść z kłopotów. Nie pomógł, ale zdążył namieszać w głowie Olkowi - że Polską rządzą książęta, nad którymi jest król. Po jakimś czasie zaczął przekonywać, że pracuje bezpośrednio dla króla, i że trzeba zrobić ten numer z łapówką...

Nieszczęście przyszło przez górę pieniędzy, po którą chcieli sięgnąć. 350 mln złotych - majątek, jakiego większość ludzi nie umie sobie nawet wyobrazić.

- Na co nam to było? - mówi dziś Ewelina, partnerka Andrzeja Lewińskiego. - I bez tego mieliśmy dom, pracę, forsy dużo więcej niż potrzeba. Jak kończyły się żniwa, to Andrzej schodził z pola i do wiosny następnego roku nie musiał nic robić. Całymi miesiącami grał na komputerze. Zaczęłam mu suszyć głowę: tak nie można, marnujesz tylko życie... To wziął się do roboty i wymyślił tę spółkę do produkcji warzyw, jakiej w kraju jeszcze nie było.

Główny bohater to Andrzej Lewiński, rolnik z gminy Choczewo, która leży nad morzem, na północ od drogi z Wejherowa do Lęborka. Trudno powiedzieć, że jest typowym przedstawicielem polskiej wsi: rzutki 37-latek, który zna języki, nosi markowe ubrania, używa kosztownych kosmetyków i jeździ efektownymi samochodami. W ferie - wyjazdy z rodziną na narty do włoskich Dolomitów. Jest zaprzyjaźniony z aktorem Leszkiem Lichotą, który gra rolę adwokata Marka Dębskiego w serialu "Prawo Agaty". Rodzaj snobizmu? Nie - po prostu Lichota jest żonaty z dobrą koleżanką Andrzeja, jeszcze z czasów szkoły średniej.

Dziś Lewiński siedzi w areszcie na Kurkowej w Gdańsku. Jest w celi z dwoma podejrzanymi o zabójstwo.

- Naprawdę chciałeś dać 6 milionów łapówki? Nie chrzań, że nie!... Ja cie krence, tyle kasiory... - mówią.

Już dwa razy aresztanci proponowali mu wymianę: paczkę papierosów za zegarek. Andrzej nie zgodził się. Próbowali chyba z nudów, dla jaj. Taki zegarek na wolności kosztował 30 tys. zł.

Eldorado kaszubskich pól

Te setki milionów mieli zarobić w pięć lat. I to zupełnie legalnie. Wtedy, w 2009 r., Unia Europejska była jeszcze jak stara, szczodra ciotka, która mówi: "Ja dobrze wiem, jak jest z wami rolnikami. Jesteście nieufni, nie chcecie współpracować między sobą. Nie lepiej to pójść po rozum do głowy? Niech skrzyknie się pięciu rolników, założy spółkę, połączy swoje pola uprawne i możliwości... Duży może więcej... Zróbcie biznesplan na pięć lat, stwórzcie nową jakość. Ja wam zwrócę wydatki nawet na poziomie 50 procent. Polski skarb państwa dorzuci wam jeszcze 25 procent".

Skrzyknęło się więc pięciu w gminie Choczewo, zgłosili pomysł do Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa w Gdańsku, z siedzibą w Gdyni. W sumie ponad 4 tysiące hektarów. Wynajęli kogoś, kto pomógł zrobić biznesplan i załatwili formalności.

Postawili na marchew. Lewiński zobaczył oczami wyobraźni swoją nową firmę - na polu pod wsią Choczewko, przy małej gminnej drodze: hale magazynowe i produkcyjne, linie produkcyjne, specjalistyczne maszyny, biurowiec... W sumie 150 miejsc pracy albo i więcej.

Zaciągnęli bankowe kredyty, zaczęli szukać kontrahentów, budować, siać marchewkę. Spółkę nazwali "Agro-Nord". W ciągu trzech lat powstał jeden z najnowocześniejszych tego typu zakładów w Europie - wszystko pod nadzorem kontrolerów gdańskiej ARiMR: przychodzili, sprawdzali, robili dokumentację.

Po zatwierdzeniu każdego kolejnego roku realizacji projektu stopniowo następowała wypłata dotacji - w ciągu dwóch pierwszych lat na konto Agro-Nordu wpłynęło w ten sposób 177 mln zł.

Lewiński jako prezes Agro-Nordu zaczął odbierać nagrody przyznane przez ministra rolnictwa, Marka Sawickiego. Był chwalony za wzorcowe wykorzystanie środków pomocowych UE.

- Lewińskiemu od tych pieniędzy i nagród ministra zaczęła odbijać sodówka?

- Nawet niespecjalnie - mówi Wiesław Gębka, wójt gminy Choczewo. - Kupił sobie jakieś lepsze samochody, wypasionego mercedesa, audi. Może niektórych kłuło to w oczy, ale bez przesady. I tak każdy w okolicy wiedział, że to człowiek, który pieniędzy ma jak lodu.

Mafia z centralą w Choczewku

Kłopoty zaczęły się wiosną 2012 r. Najpierw wokół Agro-Nordu zaczęła węszyć Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego - przyjeżdżali do Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku, przeglądali dokumentację.

Wkrótce do akcji wkroczyło Centralne Biuro Śledcze. Na jakiej podstawie? Wystarczył anonimowy donos, który podobno wygląda tak, jakby był nabazgrany ręką dziecka.

CBŚ najechało siedzibę Agro-Nordu. Chmara funkcjonariuszy w kominiarkach, z bronią. Niektórzy z pracowników firmy na widok takiej siły uciekali w krzaki. Po wsiach ludzie zaczęli plotkować, że Lewiński to szef mafii.

Panowie z CBŚ zabrali całe kilogramy dokumentacji - według przepisów powinni je skopiować i oddać, ale się z tym nie kwapili. Ruszyły przesłuchania, nie tylko w Agro-Nordzie, ale też w gdańskiej ARiMR. Zachowanie policjantów było czasem więcej niż dziwne: jedną z pracownic zapytali niby mimochodem, czy słyszała, że Lewiński ma kochankę. Wyciągnęli mu też i puścili w obieg informację, że w młodości był karany za paserstwo. Lewiński tłumaczył, że to nie do końca tak: wyrok był niski i w zawieszeniu, a chodziło o traktor, który znajomy postawił na jego podwórku, z prośbą o przechowanie.

W pewnym momencie funkcjonariusze CBŚ uparli się, że firma w ogóle nie produkowała marchwi, a wszystko działo się tylko na papierze, w celu wyłudzenia dotacji. Uważnie badali każdą fakturę. Miało to swoje konsekwencje: na przykład pewnej niedzieli, o godz. 6 rano, zrobili najazd na dom hurtownika pod Warszawą, który kupił od Agro-Nordu furgon marchewki. Człowieka wyciągnięto w pidżamie z łóżka, traktowano jak potencjalnego przestępcę.

- Chodzi o zniszczenie mojej firmy - wnioskował Lewiński. - CBŚ traktuje moich kontrahentów, jakby byli przestępcami. Ci ludzie nigdy więcej nie kupią od Agro-Nordu marchewki, bo po co im kłopoty...

Wkrótce zmienił się dyrektor gdańskiej ARiMR. Miejsce życzliwej wobec rolników z Choczewka Stanisławy Bujanowicz - działaczki PSL - zajął Andrzej Styn. Na kaszubskiej wsi wszyscy wiedzieli, że to kolejny dyrektorski stołek przejęty przez wpływowego posła PO i wiceministra rolnictwa: Kazimierza Plocke. Styn jest jego człowiekiem. Plocke nazywany jest księciem, a nawet królem Kaszubów - od lat obsadza swoimi znajomymi stanowiska w powiecie puckim, a także w administracji państwowej związanej z rolnictwem. Nie tylko zresztą tam. Jeden z protegowanych Plockego - Adam Gruszka, policjant rodem spod Pucka - został w marcu 2008 r. dyrektorem gdańskiej delegatury ABW. Zaprzyjaźnił się z szefami innych służb w Gdańsku: Przemysławem Zychem z CBŚ i Jerzym Stankiewiczem z CBA.

Marchew pod skarbówką

Szybko stało się jasne, że Styn chce pokazać Agro-Nordowi miejsce w szeregu. Wyszedł z roli dyrektora państwowej agencji, która ma za zadanie wspierać rozwój i modernizację rolnictwa - stał się kimś w rodzaju oskarżyciela posiłkowego, pomocnika CBŚ. Styn wstrzymał przygotowaną już dla Agro-Nordu wypłatę 76 mln zł. Osobiście woził dokumentację firmy do wydziału przestępczości zorganizowanej Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, która prowadzi śledztwo.

Mijały kolejne miesiące - Lewiński próbował dociec o co chodzi. Jeden z wykonawców hal magazynowych w Choczewku budował podobne hale u innego producenta warzyw, w innym powiecie. Po nominacji Styna na dyrektora gdańskiej ARiMR, ów producent miał powiedzieć: - To teraz niektórzy będą mieli pod górkę...

Sukces Agro-Nordu najwyraźniej był solą w oku tego człowieka. Lewiński rozkręcając swoją potężną firmę nieźle narozrabiał na krajowym rynku. By zachęcić kontrahentów do współpracy sprzedawał marchew po tak niskiej cenie, że innym producentom zaczęła grozić plajta. Kto by wytrzymał 5 lat zalewania rynku tanią marchewką? Lewińskiego dzięki dotacjom idącym przez gdańską ARiMR było stać na sprzedaż warzyw bez zysku.

Atmosfera wokół Agro-Nordu zagęszczała się systematycznie, z miesiąca na miesiąc. Po CBŚ i dyrektorze Stynie do akcji wkroczył Fiskus. Całe północne Kaszuby żyły już plotkami, że rolnicy z Choczewa to mafiozi. Panie z wejherowskiej skarbówki zakwestionowały zakup 40 tys. sztuk drewnianych palet do przechowywania warzyw i owoców. Miało to poważne konsekwencje, ponieważ Urząd Skarbowy w Wejherowie doszedł do wniosku, że skoro transakcja była niezgodna z przepisami, to Agro-Nordowi nie należy się zwrot blisko 20 mln zł z tytułu VAT. Rolnicy z Choczewka czekali na te pieniądze jak na koło ratunkowe. Trzeba było zwolnić 150 pracowników, bank zażądał natychmiastowej spłaty kredytów, za Agro-Nordem zaczął chodzić komornik.

Wściekły Lewiński w lutym 2013 na znak protestu kazał zawieźć pod wejherowską skarbówkę wywrotkę marchwi. Całe 24 tony wysypano ją przed wejściem do urzędu.

Najlepiej spal to nagranie

Próbowali się bronić. Ktoś ze znajomych Lewińskiego zaczął nagrywać rozmowy w siedzibie gdańskiej ARiMR. Dyktafon zapisał m.in. jak kierownik działu płatności opowiada, że ludzie Agro-Nordu są powiązani z mafią narkotykową i prawdopodobnie - pod przykrywką działalności gospodarczej - sprowadzają "towar" z Holandii.

W tym czasie konkurencyjny producent warzyw z Kaszub stał się już częstym i mile widzianym gościem w gabinecie dyrektora Styna.
Lewiński zaczął szukać kontaktu z wiceministrem Plocke - znali się jeszcze z czasów, gdy polityk nie był taką szychą. Złapał go na lotnisku w Gdańsku.

- Panie Kazimierzu, niech pan pomoże. Niszczą mnie, pójdę z torbami... Ludzie Styna gadają, że handluję narkotykami, mam to na nagraniu.
- Andrzej, ty nie rób nic pochopnie - miał odpowiedzieć Plocke. - Najlepiej spal to nagranie. I spokojnie czekaj, wszystko się wyjaśni...

Plocke nie zaprzecza, że zna Lewińskiego. Na pytanie dziennikarza "Wyborczej" odpowiedział jednak, że nie przypomina sobie takiej rozmowy.

Ktoś podpowiedział Lewińskiemu, żeby wynajął Janusza Kaczmarka - prawnika z Gdyni, byłego szefa gdańskiej prokuratury, z epizodami na stanowiskach ministra spraw wewnętrznych i wiceministra sprawiedliwości. Kto jeśli nie on ma odpowiednią wiedzę i znajomych, by znaleźć ratunek dla Agro-Nordu? Wkrótce Lewiński usłyszał, że przyda się też pomoc gen. Adama Rapackiego, byłego zastępcy komendanta głównego policji z kontaktami na szczeblu rządowym.

Obaj nie uratowali sytuacji. Rapacki spotkał się z rolnikami z Choczewka dwa razy, wziął za fatygę kilkanaście tysięcy złotych i w końcu odmówił swoich usług - rzekomo po to, by nie występować przeciwko swoim byłym podwładnym z CBŚ. Kaczmarek działał dla rolników z Choczewka przez blisko rok, przyjął od Lewińskiego kilkadziesiąt tysięcy złotych, ale też niewiele wskórał.

Agro-Nord był jak padlina nad którą krążą drapieżne ptaki. Przychodzili dziwni ludzie, którzy chcieli sprzedać jakieś informacje albo pytali o cenę ziemi. I wtedy pojawił się Tadeusz - niepozorny pan po pięćdzisiątce, średniego wzrostu, o miłej powierzchowności. Przyjechał aż ze Śląska - z Żywca, był pracownikiem kancelarii prawnej w Tychach. Miał potężną wiedzę o prawie gospodarczym, umiał przekonywać rozmówców i obiecał, że uratuje Agro-Nord. Zażądał za swoje usługi 30 tys. zł miesięcznie i 20 proc. od kwoty dotacji, jaka wpłynie na konto rolników po negocjacjach ze Stynem.

Człowiek króla w akcji

Adwokaci zajmujący się obroną szefów Agro-Nordu - Paweł Zieliński i Dariusz Makowski - biorą dziś pod uwagę różne możliwości. Prawdopodobne jest, że Tadeusz to sprytny oszust, który zwietrzył szansę na łatwe pieniądze, albo prowokator "służb", który zjawił się, by pomóc pchnąć na nowe tory śledztwo, które utknęło w martwym punkcie. Możliwe jest zresztą jedno i drugie.

Zaczęło się w listopadzie zeszłego roku - od esemesa na numer Olka, który jest wspólnikiem i najbliższym partnerem biznesowym Lewińskiego. Coś w rodzaju: "Wiem kto jest sprawcą waszych kłopotów i co trzeba zrobić. Jeśli cię to interesuje - oddzwoń".

Tadeusz przyjechał do Choczewka skodą octavią. Miał niezłe referencje i robił naprawdę dobre wrażenie. Gdyby rolnicy go sprawdzili, dowiedzieliby się może, że siedział w więzieniu z wyrokiem 4 lat pozbawienia wolności za wyłudzenia bankowe. Dowiedzieliby się też jednak, że to człowiek o bogatej przeszłości biznesowej, który siedział we władzach niejednej spółki, a nawet próbował doprowadzić do prywatyzacji kopalni Silesia.

Tadeusz powiedział im, że jest przedstawicielem służby, która stoi ponad ABW, CBA i CBŚ. Że przyszedł przyjrzeć się sprawie Agro-Nordu, ponieważ działania organów ścigania stały się groźna dla interesów Rzeczpospolitej Polskiej - jeśli sprawa nie zostanie umorzona, to nasz kraj będzie musiał zwrócić Brukseli 700 mln zł dotacji.

Lewiński kupił na początku tę opowieść. Zgodnie z życzeniem Tadeusza dopuścił go do pełnej wiedzy na temat spraw Agro-Nordu. Wszyscy niecierpliwie czekali na efekty. Tadeusz niby jeździł na rozmowy do ARiMR, ale nic z tego nie wynikało.

Lewiński miał dość. Zapłacił Tadeuszowi 30 tys. zł raz, w styczniu, i powiedział że to koniec współpracy, bo więcej pieniędzy nie ma.

Jednak Tadeusz nie odpuszczał - uczepił się Olka, który jest mniej odporny psychicznie, a przy tym lubi opowieści o służbach i spiskach.

- Powiem ci coś, co musi zostać tajemnicą - usłyszał Olek. - Te partie i demokracja to baśń dla głupków. W rzeczywistości Polska podzielona jest na księstwa, którymi władają książęta. Nad nimi stoi król. Tu na Pomorzu księciem jest Krauze. Król to Kwaśniewski. Mają regularnie wspólne spotkania w pałacu pod Warszawą. Ja pracuję bezpośrednio dla króla...

Tadeusz stawia na swoim

Znajomy Olka mówi: - Jak było z tą łapówką? Aż wstyd powiedzieć, ale właśnie tak. Najpierw pojawił się Tadeusz, obiecał, że pomoże wyjść z kłopotów. Nie pomógł, ale zdążył namieszać w głowie Olkowi tymi książętami i królem. W końcu przekonał, że trzeba zrobić ten numer z udawaną łapówką, żeby wykończyć Styna...

W kwietniu Tadeusz oznajmił, że dyrektor ARiMR nie jest już taki nieprzejednany: przeleje dotację na konto Agro-Nordu, ale chce za to 150 tys. zł.
Lewiński nie wierzył, że Styn mógł zmienić zdanie. Poza tym bał się, że Tadeusz po prostu weźmie te 150 tys. gotówką i zniknie. Lewiński wykręcił się więc brakiem pieniędzy i zaczął się przygotowywać do zaplanowanego już w marcu wyjazdu na długi weekend do Paryża. Pojechał tam całą rodziną, z przyjaciółmi - jednym z uczestników wycieczki był aktor Leszek Lichota.

Byli jeszcze w Paryżu, gdy na komórkę zadzwoniła żona Olka. - Andrzej, zamknęli go w areszcie! Co mam robić?!

Okazało się, że gdy Andrzej odmówił pieniędzy, Tadeusz i tak konsekwentnie dążył do celu. Nie ma 150 tys.? Trudno, spróbujmy z mniejszą kwotą. Tadeusz sam załatwił skądś 50 tys. zł. Olek pieniędzy nie miał, więc zaczął wydzwaniać do Lewińskiego, że chce swojej kasy: - Zobacz jak wyszedłem na interesach z tobą... Wisisz mi kilkanaście milionów, a ja potrzebuję pieniędzy. Załatw mi teraz przynajmniej 50 tysięcy, nie mogę czekać...

Lewiński podzwonił po znajomych. Jeden obiecał 20 tysięcy, drugi - 25. Olek przyjechał po te pieniądze. Połączył je z gotówką przyniesioną przez Tadeusza. Postanowił, że dobrze będzie udokumentować te banknoty. Kuzyn Olka spisał część numerów seryjnych, pozostałe banknoty sfotografował. Następnie przekazał 90 tys. Tadeuszowi, a ten pojechał na spotkanie z dyrektorem ARiMR.

Olek pękał w tym czasie z dumy, że Styn przyjmie te banknoty i będzie załatwiony! Agro-Nord będzie uratowany!

Był 28 kwietnia 2014 r. Styn przyszedł na spotkanie z Tadeuszem, które było umówione w jednym z trójmiejskich hoteli. Dyrektor ARiMR umówił się wcześniej z agentami CBA - miał dyskretną asystę, wszystko było nagrywane.

Najpierw aresztowano Tadeusza i jego pomocnika - "prokurenta", z którym działał od lat. Zaraz potem w celi znalazł się Olek i jeden z udziałowców Agro-Nordu. 7 maja, po powrocie z zagranicy, Lewiński sam zgłosił się do prokuratury. Jego też zamknięto.

Dwa dni później CBA ogłosiło udaremnienie wielkiej afery korupcyjnej. W komunikacie była mowa o obietnicy łapówki w wysokości 6 mln zł. W Agro-Nordzie nie mają pojęcia skąd taka kwota, ale w Choczewku nic już nikogo nie dziwi. Gdy dwa lata temu do akcji wkroczyło CBŚ, media dowiedziały się, że chodzi o wyłudzenie dotacji w wysokości 128 mln zł - zupełnie tak, jakby ktoś te pieniądze ukradł i nie wybudował firmy, która mimo wysiłków wielu osób nadal przecież stoi.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon