Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Psy wojny w służbie Kremla

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-12 Wacław Radziwinowicz, Gazeta Wyborcza
Najprawdopodobniej rosyjscy żołnierze w Doniecku na Ukrainie © copyright -c- Fot. AP Images -AP Photo-Vadim Ghirda- Najprawdopodobniej rosyjscy żołnierze w Doniecku na Ukrainie

Niezależna prasa moskiewska publikuje pierwsze relacje dowodzące, że to instytucje państwowe werbowały i wciąż werbują najemników prowadzących partyzancką wojnę na Ukrainie.

W sobotę w podmoskiewskim Elektrogorsku chowano 48-letniego Siergieja Żdanowicza. Pogrzeb był cichy, ale bardzo uroczysty. Organizowała go miejscowa komórka Jednej Rosji, bo przecież putinowska "partia władzy" żegnała swego poległego towarzysza.

Żdanowicz 14 maja powiedział bliskim, że miejscowa komenda uzupełnień pilnie skierowała go do Rostowa nad Donem na "ćwiczenia". Bliscy się nie zdziwili. Żdanowicz miał wojaczkę we krwi - przechodził zasadniczą służbę wojskową w specnazie strzegącym arsenałów jądrowych, potem służył w milicji, jako żołnierz kontraktowy zaciągał się na wojnę czeczeńską.

26 maja do brata Żdanowicza zadzwonił ktoś z ukraińskiego Doniecka. Powiedział, że Siergiej właśnie został zabity w walkach o miejscowy port lotniczy, a jego ciało będzie dostarczone do rodzinnego miasta.

Przewozem zabitego i jeszcze 30 innych obywateli Rosji, którzy zginęli na lotnisku, zajęli się przedstawiciele władz samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej i funkcjonariusze Jednej Rosji.

Ciała przez granicę przewiozła ciężarówka-chłodnia, która na co dzień wozi lody.

Było tam też ciało 21-letniego komandosa rosyjskiego Aleksieja Jurina. Jego także pochowano w sobotę, ale nie tak jak Żdanowicza po cichu, lecz z pełnym ceremoniałem wojskowym.

Najpierw w podmoskiewskiej Kubince, gdzie stacjonuje jego 45. Pułk Wojsk Powietrznodesantowych, w czasie mszy żałobnej żegnali się z nim koledzy z jednostki. Potem komandosi pojechali na cmentarz w Możajsku, rodzinnym mieście Jurina.

Chłopak, jak udało się ustalić dziennikarzom gazety "Moskowskij Komsomolec", w marcu został wysłany na przejmowany przez Rosję Krym jako jeden z "uprzejmych zielonych ludzików", którzy z bronią w ręku i w mundurach bez znaków rozpoznawczych blokowali na półwyspie jednostki armii ukraińskiej. Po aneksji Krymu Jurina przerzucono na wschód Ukrainy, gdzie zginął, tak jak Żdanowicz, 26 maja na lotnisku w Doniecku.

Dobrze płatna misja

Na Ukrainę próbowano też zwerbować Olega Rudikowa z Taganrogu. Ten były komandos, weteran wojny w Afganistanie, obeznany z przenośnymi wyrzutniami rakiet przeciwlotniczych, opowiedział o tym reporterom niezależnej "Nowej Gaziety".

Jeszcze w kwietniu dostał wezwanie do miejscowej komendy uzupełnień. Tam w kolejce czekało około 30 rezerwistów. Wszyscy, jak się okazało, służyli w jednostkach specjalnych i zdobyli tam cenione w wojsku rzadkie umiejętności.

- Z gabinetu, przed którym czekaliśmy, wyszedł uszczęśliwiony chłopak, który właśnie dostał propozycję misji hojnie opłaconej przez ojczyznę - opowiedział dziennikarzom Rudikow i wytłumaczył: - Miał jak najszybciej stawić się na terytorium sąsiedniego państwa, żeby tam wykorzystać umiejętności nabyte w czasie służby w armii i bronić ojczyzny.

Sam rozmówca gazety od cywila urzędującego w gabinecie szefa komendy dowiedział się, że został wezwany, bo jest "cennym specjalistą wojskowym". Rudikow odparł jednak, że jest pacyfistą, ma drugą grupę inwalidzką i nigdzie posłać się nie da.

Coraz więcej specjalistów

Oprócz państwowych komend uzupełnień ludzi umiejących władać nowoczesną bronią intensywnie werbują organizacje określające się jako "patriotyczne".

Jak można przeczytać na popularnej witrynie internetowej Dobrovolec.org, do służby na Ukrainie powinni się zgłaszać na ochotnika piloci helikopterów oraz czołgiści obeznani z czołgami T-72. Natomiast rekrutacja ludzi bez doświadczenia wojskowego została zakończona.

Kogo popadnie werbują i wysyłają na wschód Ukrainy rosyjskie organizacje kozackie. Bardzo z tego niezadowolony okazuje się Igor Girkin (Striełkow), "minister obrony" samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Nazywa podsyłanych mu masowo z Rosji Kozaków "łajdakami i przebierańcami", którzy wojują jedynie z "kurami i cysternami wódki".

Jednak z Rosji na Ukrainę napływają też specjaliści wojskowi, i to najwyższej klasy. Widać to po efektach ich działań. W piątek prorosyjscy separatyści zestrzelili nad Słowiańskiem ukraiński samolot An-30. Maszyna została trafiona rakietą wystrzeloną z przenośnej wyrzutni 9K333 Wierba. Ta zupełnie nowa broń, której Rosja nie sprzedawała za granicę, dopiero pod koniec maja została przysłana do jednej tylko jednostki rosyjskich sił zbrojnych - 98. Dywizji Powietrznodesantowej w Iwanowie. Na Ukrainę wyrzutnia mogła więc trafić tylko z arsenałów armii Rosji, a celnie strzelać z niej mógł tylko świeżo przeszkolony wojskowy rosyjski.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon