Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Turcja prawie jak dyktatura. Wstrząsający raport Amnesty International

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-11 Gazeta Wyborcza, Michał Kokot
Antyrządowe protesty w Ankarze © copyright -c- Fot. REX Features - REX-ANKAR-DEPO PHOTOS-SIPA Antyrządowe protesty w Ankarze

Raport demaskuje brutalne i autorytarne rządy tureckiego premiera Recepa Tayyipa Erdogana. Opisywane sceny przywodzą na myśl wydarzenia polskiego stanu wojennego sprzed ponad 30 lat.

Hakan Yaman wracał przed rokiem swoim minibusem po pracy do domu, gdy został nagle postrzelony w brzuch pociskiem z gazem łzawiącym. Gdy upadł na ziemię, podbiegł do niego jeden z policjantów i metalowym prętem wydłubał mu oko. Kilku innych zaczęło go kopać po twarzy.

- Załatwmy go do końca - rzucił jeden z funkcjonariuszy, a kilku pozostałych zaczęło Yamana ciągnąć do ogniska, które paliło się na ulicy. Udało mu się ocaleć dzięki pomocy demonstrantów. Lekarze stwierdzili złamania nosa, podstawy czaszki i bardzo poważne poparzenie pleców.

Takich brutalnych przypadków z ubiegłorocznych zajść raport Amnesty International opisuje bardzo wiele. Na przełomie maja i czerwca niewinna demonstracja, która zaczęła się od protestu grupki ekologów sprzeciwiających się zabudowaniu malutkiego parku Gezi w centrum Stambułu, przerodziła się w ogromne antyrządowe protesty. Jak dotychczas największe za rządów premiera Erdogana. Udział w nich wzięło w sumie 3,5 mln osób w 79 z 81 prowincji w całym kraju.

Wśród ofiar było wiele przypadkowych osób. Kilkanaście z nich straciło wzrok z powodu ostrzału pociskami z gazem łzawiącym. Funkcjonariusze celowali w głowy ofiar z bliskiej odległości.

Od strzału w tył głowy zmarł w tym roku 14-letni Berkin Elvan, który przez wiele miesięcy leżał w śpiączce. Nie brał w ogóle udziału w protestach, wyszedł tylko do sklepu po chleb.

Władze starają się za wszelką cenę chronić policjantów. Rodzinie Berkina powiedziały, że nie są w stanie przedstawić listy funkcjonariuszy pełniących tego dnia służbę w miejscu, gdzie zginął, bo nikogo tam nie było. Zginął również zapis z ulicznego monitoringu.

Również w przypadku Yamana nigdy nie udało się ustalić sprawców, choć jeden z demonstrantów sfilmował komórką numer wozu policyjnego, z którego funkcjonariusze pacyfikowali protestujących.

Zarzuty za komentarze w sieci

Fala represji natomiast bardzo szybko dotknęła tych, którzy albo brali udział w demonstracji, albo pomagali jej ofiarom. Tak było w przypadku kilku lekarzy, którzy dostali zarzuty bezczeszczenia świętego miejsca, bo opatrywali rannych w meczecie - jedynym miejscu, gdzie policja nie odważyła się wówczas wtargnąć. W sumie zarzuty dostało 5,5 tys. osób.

Po ubiegłorocznych zajściach Turcja coraz bardziej ogranicza prawo do zgromadzeń publicznych. Pod pozorem przepisu wymierzonego w terrorystów zakazane jest opatrywanie rannych podczas demonstracji przez osoby postronne. Tymczasem w trakcie ubiegłorocznych starć wiele osób (w tym również policjantów) nie mogło doprosić się przyjazdu karetek.

Niektórzy dostali zarzuty tylko dlatego, że komentowali zajścia w mediach społecznościowych. Trzy miesiące temu, przed wyborami samorządowymi, rząd zablokował Twittera i portal YouTube. Stało się to po ujawnieniu gigantycznej afery korupcyjnej, która doprowadziła do dymisji w rządzie Erdogana. Ostatecznie jednak trybunał konstytucyjny nakazał niedawno ich przywrócenie.

Pingwiny zamiast protestów

Coraz większym represjom podlegają też dziennikarze zagraniczni, relacjonujący przebieg wydarzeń w kraju. Niedawno na stambulskim placu Taksim zatrzymany został korespondent CNN Ivan Watson. Policjanci spacyfikowali tego dnia przy użyciu gazu łzawiącego i armatek wodnych ok. tysiąca demonstrantów, którzy zebrali się w rocznicę wybuchu antyrządowych protestów.

Premier Erdogan nazwał Watsona "sługusem CNN" i orzekł, że dziennikarze, którzy przyjeżdżają do Turcji, "nie mają nic wspólnego z wolną, bezstronną prasą". Przypomniał emitowane przez CNN wielogodzinne relacje na żywo z protestów na placu Taksim w 2013 roku i stwierdził, że ich celem było "podżeganie do niepokojów". Zapomniał jednak przy tym dodać, że początkowo dziennikarze tureckiej filii CNN tak bali się władzy, że zamiast demonstracji pokazali film dokumentalny o pingwinach. Ptak ten stał się później nieoficjalnym symbolem protestów.

Turcja jest na szarym końcu państw w rankingu wolności słowa - zajmuje 154. miejsce na świecie i jest nawet za Irakiem czy Demokratyczną Republiką Konga.

Agresywny Erdogan podoba się wyborcom

Premier Erdogan nic sobie nie robi z krytyki Zachodu, który wzywa go co jakiś czas do opamiętania i przestrzegania demokratycznych standardów. Przeciwnie, często reaguje wściekłością. Tak było przed dwoma tygodniami, gdy przebywał z wizytą w Niemczech, gdzie mieszka 1,5 mln obywateli Turcji i drugie tyle mających tureckie korzenie. Do nieprzenoszenia konfliktów politycznych z Turcji do Niemiec wezwał wówczas publicznie Erdogana Cem Özdemir, jeden z liderów niemieckich Zielonych, którego rodzice są Turkami.

- Nie masz prawa tak zwracać się do premiera kraju, z którego się wywodzisz! - odparował Özdemirowi Erdogan. I dodał, że ten nie jest już mile widziany w Turcji.

Jednak ta agresywna retoryka Erdogana podoba się konserwatywnej tureckiej większości. Partia premiera wygrała ostatnie wybory samorządowe w marcu.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon