Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Zginęło od 300 do 500 separatystów. Po stronie ukraińskiego wojska trzech zabitych i 50 rannych

Logo Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza 2014-06-04 Piotr Andrusieczko; Wacław Radziwinowicz, Tomasz Bielecki, Gazeta Wyborcza
Ukraiński śmigłowiec wojskowy Mi-8 nad Słowiańskiem © copyright -c- Fot. AP Images -AP Photo-Efrem Lukatsky- Ukraiński śmigłowiec wojskowy Mi-8 nad Słowiańskiem

7 czerwca Petro Poroszenko obejmie fotel prezydenta Ukrainy, jednak niemal cała uwaga skupia się na walkach z rebeliantami na wschodzie kraju.
We wtorek na obrzeżach Ługańska funkcjonariusze służby granicznej wzmacniali swoje pozycje w okrążonej przez rebeliantów jednostce.

W poniedziałek niemal przez cały dzień napastnicy atakowali ją przy użyciu granatników, moździerzy i broni automatycznej. Prowadzili też ostrzał z broni snajperskiej. Według różnych źródeł po stronie atakujących mogło być od 200 do 500 dobrze uzbrojonych ludzi. Ośmiu żołnierzy odniosło rany. Nie wiadomo, jakie straty były w szeregach atakujących.

Dowództwo operacji antyterrorystycznej (ATO) skierowało w rejon Ługańska lotnictwo - helikoptery szturmowe Mi-24 i samoloty szturmowe Su-25 pod osłoną MiG-29. Według rzecznika prasowego sił ATO podpułkownika Władysława Sełezniowa lotnictwo rozproszyło siły bojowników. Samoloty wykonały trzy naloty, a helikoptery pięć - wystrzelono 150 pocisków, zniszczono trzy "obiekty" rebeliantów.

Trudno stwierdzić, jaka była rzeczywista skuteczność tych działań. Operację utrudniało to, że rebelianci prowadzili ogień z sąsiadujących z bazą pograniczników ośmiopiętrowych domów. Ostatnio bojownicy często stosowali podobną taktykę, zwłaszcza w Słowiańsku.

Jednak mimo optymistycznych wypowiedzi przedstawicieli władzy i dowództwa ATO dobę po ataku w Ługańsku na miejsce nie dotarło wsparcie naziemne. A nie jest pewne, czy rebelianci nie ponowią prób szturmu w nocy z wtorku na środę. Pogranicznicy z innych jednostek w obwodzie ługańskim są gotowi sami przyjść z pomocą kolegom, jeśli ATO zawiedzie.

Kto wystrzelił rakietę

Podczas poniedziałkowych starć na obrzeżach Ługańska w budynku obwodowej administracji zajmowanej od końca kwietnia przez separatystów nastąpił wybuch. Zginęło osiem osób, a 11 zostało rannych. W tym czasie nad miastem operowały ukraińskie samoloty bojowe. Pojawiła się więc wersja, że w budynek trafiła wystrzelona z Su-25 rakieta. Jednak Prokuratura Generalna Ukrainy uznała, że prawdopodobnie przyczyną wybuchu było nieumiejętne posługiwanie się ręczną wyrzutnią przeciwlotniczą, za pomocą której rebelianci chcieli zestrzelić samolot.

W Moskwie o wydarzeniach w Ługańsku mówi się nie inaczej jak o zbrodni wojennej, której sprawcy powinni być odnalezieni i surowo ukarani. Tutejsza wersja jest taka, że siedzibę administracji zbombardował ukraiński samolot szturmowy, i to zabronionymi przez prawo międzynarodowe bombami kasetowymi. Ofiary nalotu to - jak słyszą rosyjscy telewidzowie - wyłącznie cywile. Wśród nich minister zdrowia samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej Natalia Archipowa.

Korespondent bliskiego Kremlowi dziennika "Komsomolska Prawda", pisząc o "zbrodniczym nalocie", podzielił się z czytelnikami refleksją: "Ciekawi mnie teraz tylko jedno - jaka boża kara spadnie na te ścierwa, które zamówiły tę zbrodnię i jej dokonały".

Główne kanały telewizyjne pokazały i nazwały ukraińskich pilotów, którzy ich zdaniem mogli dokonać rzekomego nalotu i teraz nie powinni uniknąć kary.

Dziurawa granica

Jednym z głównych problemów operacji antyterrorystycznej jest wciąż słabo chroniona granica.

- Na kilometr granicy z Rosją przypada dwóch żołnierzy służby pogranicznej, którzy nie mają jak jej monitorować - mówili we wtorek w Kijowie b. dowódca Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy Anatolij Łopata i dyrektor programów wojskowych Centrum im. Razumkowa Mykoła Sungurowski.

Nie dość zabezpieczona granica to m.in. rezultat tego, że w żadnej koncepcji obronnej po 1991 r. Ukraina nie traktowała sąsiada jako potencjalnego wroga.
Eksperci wskazują też, że część odpowiedzialności spoczywa na kierownictwie służby pogranicznej. Na jej czele od 13 lat stoi Mykoła Łytwyn, brat Wołodymyra Łytwyna, b. przewodniczącego parlamentu i niegdyś wpływowego polityka. Krytycy oskarżają go o przymykanie oczu na korupcję i kontrabandę na granicy. W ukraińskich mediach pojawiły się informacje, że przepuszczenie transportu z rebeliantami i bronią może kosztować 15 tys. euro.
Trudno stwierdzić, na ile informacje te odpowiadają rzeczywistości, jednak w ostatnich tygodniach liczba rebeliantów i broni przerzucanej na wschodnią Ukrainę wyraźnie wzrosła. Szacuje się, że z Rosji mogło przybyć nawet 4,5 tys. terrorystów. Zdaniem przedstawicieli dowództwa ATO obecnie w rejonie Kujbyszewa (Federacja Rosyjska) formowane są ich nowe oddziały.

Uszczelnienie granicy to jedno z głównych zadań, bez wykonania którego trudno będzie zakończyć operację ATO. We wtorek dowódca Ochotniczego Batalionu "Donbas" Semen Semenczenko oświadczył, że ochrona granicy jest priorytetem i że jego oddział - przeszkoliwszy nowych ochotników - zajmie się tym.

Na krytykę zareagował też sam Łytwyn. Powiedział, że służba pograniczna przechodzi "od wykonywania zadań ochrony granicy do jej obrony". Od wtorku posterunki wzmocnią wozy opancerzone, stanowiska ciężkiej broni strzeleckiej i systemy sygnalizacyjne.

Według danych Generalnej Prokuratury Ukrainy na wschodzie kraju zginęło dotąd 181 osób (w tym 59 żołnierzy), a 293 zostały ranne.

Co powie NATO

Ministrowie obrony krajów NATO rozmawiali we wtorek w Brukseli o reformie planów obronnych Sojuszu. Chodzi o odpowiedź na politykę Rosji, która - jak mówią amerykańscy dyplomaci - pokazała na Ukrainie, że "nie jest partnerem, lecz przeciwnikiem NATO". Szefowie MON z Polski, Niemiec i Danii wstępnie zgodzili się na wzmocnienie dowództwa wielonarodowego korpusu NATO w Szczecinie. Teraz stacjonuje tam ponad 200 żołnierzy, głównie z tych trzech krajów.

- Chodzi o zwiększenie gotowości dowództwa tamże, co oznacza, że będziemy potrzebować więcej personelu - tłumaczył dyplomata NATO.
To gest symboliczny. Dopiero wrześniowy szczyt NATO ma zatwierdzić ewentualne plany dodatkowych ćwiczeń wojskowych i większej liczby żołnierzy NATO w naszej części Europy. Ich podstawą będzie obietnica silniejszej obecności wojskowej USA, którą Barack Obama złożył wczoraj w Warszawie.
Natomiast NATO nie ma ochoty na rozmieszczanie znacznych sił bojowych w Polsce i b. krajach bloku radzieckiego.

- Nie ma mowy ani o dodatkowych kosztach, ani eskalowaniu napięcia z Rosją - tłumaczył we wtorek zachodnioeuropejski dyplomata.

NATO oficjalnie zapewniło Rosję w 1997 r., że nie widzi potrzeby rozmieszczania swych sił bojowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Ale ta deklaracja odnosiła się do ówczesnych warunków bezpieczeństwa, które - jak przekonują m.in. Polacy - radykalnie zmieniły się po aneksji Krymu i podżeganiu przez Rosję do wojny domowej na Ukrainie wschodniej.

Reklama
Reklama

Więcej w Wyborczej

Gazeta Wyborcza
Gazeta Wyborcza
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon