Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Polska może odbudować bursztynowy szlak

Logo Rzeczpospolita Rzeczpospolita 28.05.2017 Jacek Pałkiewicz
© Fotolia

Jantar znad Bałtyku podbił rynek rzymski, zawładnął wyobraźnią miejscowych kupców i przyczynił się do rozwoju relacji handlowych. Przyniosły one Europie radykalne przemiany nie tylko gospodarcze, ale też społeczne i obyczajowe. Czemu nie powtórzyć tego teraz?

Z bursztynem związanych jest wiele legend. Według mitycznych wierzeń Hellenów Feton, ulubiony syn boga słońca Heliosa, porwał słoneczny rydwan i powożąc nim w sposób nieumiejętny, nadmiernie zbliżył się do Ziemi, niosąc z sobą suszę i pożary. By uchronić ludzkość od niechybnej zguby, sam Zeus zmuszony był boskiego śmiałka śmiertelnie razić piorunem. W efekcie tragedii dotknięte głębokim bólem siostry Fetona, przemienione w drzewa, opłakiwały śmierć słonecznego brata – a ich łzy zamieniły się w przezroczyste bursztyny.

Nauka mniej romantycznie traktuje temat. Miliony lat temu obszar dzisiejszej Skandynawii i Bałtyku porastał bór iglasty. Pęknięte pnie i gałęzie wydzielały obfite strumienie żywicy, które kapały na ziemię i były transportowane przez strumienie do większych rzek. Potem przyszły wstrząsy skorupy ziemskiej, które pochłonęły puszczę, w miejsce której powstało Morze Bałtyckie. 40 milionów lat temu świat roślinny zgnił i zniknął. Pośród osadów dna morskiego zachodził powolny proces fosylizacji żywicy i wszystkiego, co się w niej znajdowało. A były tam i owady, i pająki, motyle, szczątki roślin czy jaszczurki albo inne małe płazy, które przez chwilę nieuwagi zostały uwięzione w lepkiej, przezroczystej substancji. Dzięki antybakteryjnym właściwościom jeszcze świeżej żywicy tkanki tych organizmów ulegały procesowi mumifikacji. Około 1,8 miliona lat temu część złóż bursztynowych została wraz z błotem kamiennym przetransportowana przez wody lodowcowe w kierunku południowym, do Polski, Litwy i Łotwy.

Już za czasów Etrusków, Egipcjan i Greków wierzono, że bursztyn, ze względu na właściwości elektrostatyczne i niewytłumaczalną obecność zatopionych w nim małych owadów czy fragmentów roślin, posiada właściwości magiczne i terapeutyczne. Wytwarzano z niego amulety rzekomo chroniące przed złymi siłami i zapewniające powodzenie w polowaniu czy płodność kobiecie. Używano go także jako kadzidła podczas rytuałów i środka dezynfekującego do zwalczania chorób zakaźnych.

Początki handlu

Jantar, „Łza bogów" dla Niemców, występuje w różnych częściach świata i pochodzi z różnorodnych epok. Głównym źródłem wydobycia jest jednak południowy Bałtyk, gdzie występuje najstarsza kopalna żywica, uważana za najcenniejszą. Nie wszyscy wiedzą, że większość znajdujących się na rynku wyrobów została utworzona przez aglomerację małych fragmentów bursztynów, które po oczyszczeniu z brudów były prasowane w wysokiej temperaturze, przy dużym ciśnieniu, tak aby stanowiły spójną całość. Nazywa się je ambroidami.

Archeolodzy uważają, że ok. 2500–1800 r. p.n.e. niektóre społeczności żyjące nad Zatoką Gdańską i Pucką zaczęły handlować bursztynem w zamian za zboże, krzemień, miedź i przedmioty domowego użytku. Największe centrum obróbki „złota Bałtyku" znajdowało się wówczas w delcie Wisły, na Żuławach, gdzie jego obróbką zajmowało się kilka tysięcy rzemieślników. Działalnością handlową na większą skalę zajęli się około 400 r. p.n.e. Celtowie, którzy stworzyli podwaliny epopei Bursztynowego Szlaku. Łączył on starożytne cywilizacje śródziemnomorskie, takie jak Grecja i Rzym, z głębokim zapleczem Barbaricum, jak określano tereny na północ od Cesarstwa Rzymskiego, a dokładniej, z południowym wybrzeżem Bałtyku. Był on odpowiednikiem powstałego mniej więcej w tym samym czasie Jedwabnego Szlaku, drogi handlowej spinającej Cesarstwo Chińskie z basenem Morza Śródziemnego i Bliskim Wschodem.

Europejska arteria lądowo-wodna wiodła od ujścia Wisły w jej górę, potem Wartą, Prosną, górnym biegiem Odry, do Kotliny Kłodzkiej, a stamtąd do Wrót Morawskich i dalej, przez przełęcze alpejskie i karpackie, do Włoch i Grecji. Warunki przejazdu na różnych odcinkach różniły się. Na małych rzekach spotykało się mosty, chociaż nie zawsze nadawały się one do przejazdu. W dużych osadach istniały dogodne przeprawy przez rzeki i tam też przeładowywano towar na zwierzęta juczne. Transport wodny był bardziej ekonomiczny, szybszy i pozwalał na przewiezienie większej ilości towaru. Częściej jednak przychodziło przemieszczać się nieutwardzonymi drogami i wyboistymi duktami leśnymi. Podczas wiosennych roztopów zamieniały się one w nieprzejezdne grzęzawiska, zaś zimą transport utrudniały obfite opady śniegu.

Podróż dla odważnych

Dwumiesięczna podróż w jedną stronę należała do przedsięwzięć nad wyraz śmiałych. Pełna niewygód wyprawa była też niebezpieczna ze względu na grasujących na gościńcach opryszków i rabusiów. Kupcy i handlarze zdani byli na własne siły i nie mogli liczyć na pomoc przy naprawie uszkodzonych wozów czy w razie jakiegoś wypadku, zatem podróżowali w karawanach, bo to zapewniało większe bezpieczeństwo. Bywały kłopoty z orientacją, map nie było, istniało ryzyko pomylenia drogi, na której jedynymi drogowskazem mógł być krzyż, grobla, duży głaz czy jakieś pojedyncze drzewo. W trudniejszym topograficznie terenie często zatrudniano lokalnych mieszkańców w roli przewodników.

Kupiec z Kordoby, Ibrahim ibn Jakub, donosił w końcu X wieku, że podróż z Pragi do Krakowa zajmowała trzy tygodnie. To akurat był jedyny na terenie Polski naprawdę ważny i dobrze utrzymany trakt. Tędy toczyły się karawany z futrami i bronią, wysyłane z Czech oraz Niemiec do Kijowa. Tędy, w odwrotnym kierunku, sunęło srebro i tędy wreszcie pędzono kawalkady niewolników.

Nie zawsze można było po drodze uzupełnić zapasy żywności i zorganizować odpoczynek z noclegiem. Wprawdzie w osadach istniały zajazdy, przydrożne karczmy, oberże, które służyły za noclegownie, ale zwykle nie miały najlepszej opinii, bo zbierały się tam różne szumowiny, włóczędzy, przestępcy, prostytutki. Nie mówiąc o tym, że było tam po prostu brudno. Bardziej komfortowo mogli się czuć jedynie kupcy w gościnie na plebaniach czy w klasztorach, które w Polsce miały obowiązek zapewnić wędrowcowi wyżywienie, nocleg, a także podstawową opiekę.

Sytuacja zmieniła się radykalnie na początku nowej ery, kiedy rozrastające się aż do Renu i Dunaju Imperium Rzymskie przejęło od Celtów dominację na tym szlaku. Bursztyn znad Bałtyku podbił rynek rzymski i zawładnął wyobraźnią miejscowych kupców, którzy podążając za tym cennym surowcem, przyczynili się do rozbudowy szerokiej sieci powiązań handlowych.

Przyniosła ona w Europie radykalne przemiany nie tylko gospodarcze, ale także społeczne i obyczajowe. I choć z północy na południe wieziono nie tylko budzący pożądanie jantar, to właśnie on stał się symboliczną podwaliną nowożytnego otwarcia na świat. Podobne przeobrażenia zachodziły na Jedwabnym Szlaku, międzykontynentalnej sieci komunikacyjnej, po której transportowano w karawanach w obu kierunkach egzotyczne dobra pachnące dalekimi krajami: przyprawy, porcelanę, len, kosztowności, papier i luksusowy jedwab. A także bardzo ceniony w Chinach klejnot rodem z burszytynodajnego Bałtyku. I właśnie z tymi handlarzami wędrowały nie tylko towary, ale i informacje, technologie, zjawiska kulturowe. Największą wartością szlaku karawanowego było umożliwienie dalekosiężnej wymiany myśli. Duża skala działalności handlowej związanej z tą arterią kreowała i wspierała rozwój dobrobytu. Takie wzajemne oddziaływanie na siebie odległych o tysiące kilometrów społeczeństw kreowało słupy milowe w procesie ówczesnej globalizacji.

Po złoto Bałtyku

Rzymianie zadbali o stworzenie sieci dróg bitych i zajazdów, zlokalizowanych w odległości jednego dnia jazdy konnej od siebie. Powstało wiele przyczółków wojskowych, które zapewniały bezpieczeństwo kupcom. Nic dziwnego, że na trasach komunikacyjnych uwidocznił się intensywny ruch, podróżowali nie tylko kupcy, ale i kurierzy, wojskowi, urzędnicy. Rozwijały się osady, na skrzyżowaniach głównych marszrut wyrastały ośrodki miejskie, na łatwych do podróżowania drogach pojawiły się stacje pocztowe i targowiska, na których kwitł handel na dużą skalę.

Od samego początku handlu bursztynem transakcje odbywały się w przeważającej mierze systemem „sztafetowym". Podobnie jak na Jedwabnym Szlaku, tu też nie wszyscy pokonywali całą, liczącą, jak pisał historyk rzymski Pliniusz, „trasę 60 tys. kroków". A marszruta w tym okresie biegła z Akwilei, jednego z największych centrów handlowych Cesarstwa Rzymskiego, przez dzisiejszy Wiedeń, Brno, Kłodzko, Wrocław, Kalisz, Konin i Bydgoszcz, w okolice Pruszcza Gdańskiego, a stamtąd często i do Sambii, w okolicach dzisiejszego Kaliningradu, oraz Litwy i Łotwy, gdzie złoża jantaru były dużo większe.

Rzymianie, którzy wyruszali na północ po „złoto Bałtyku", zabierali rozmaite towary na wymianę – tkaniny, ceramikę, wyroby metalowe, ozdoby, wełnę, wyroby z brązu i mosiądzu. W drodze powrotnej wieźli już worki z bursztynem, skóry, wosk, pierze czy futra z bobrów. Nasilenie kontaktów gospodarczych sprawiło, że w późniejszych wiekach coraz większą rolę w wymianie zaczęły odgrywać rzymskie monety. Tak, jak dzisiaj w imporcie i eksporcie należy stosować się do przepisów celnych, tak wówczas w Cesarstwie Rzymskim istniały stacje celne, głównie wzdłuż granicy, w naddunajskich ośrodkach handlowych, oraz w głębi kraju, gdzie krzyżowały się główne drogi komercyjne.

Między X i XIII wiekiem Gdańsk stał się ważnym centrum obróbki „złota Bałtyku", gdzie powstawał szeroki asortyment biżuterii. Po podbiciu na początku XIV wieku tych obszarów przez zakon krzyżacki sztuka rękodzielnicza przeszła pod ich pełną kontrolę. Surowiec zebrany na plażach musiał być oddany za ustaloną stałą zapłatę, na przykład za beczkę piwa czy dwa szylingi za dzień roboczy. Istniał zakaz poruszania się po plaży bez obecności strażnika, tym, którzy się wyłamywali, groziła chłosta, a nawet pozbawienie wolności.

Reaktywacja starych szlaków

Dzisiaj Gdańsk wyrósł na światową stolicę bursztynu. W muzeum zlokalizowanym w zabytkowym gotyckim wnętrzu przybysz może obejrzeć dawne i współczesne dzieła sztuki i biżuterii ze „złota Bałtyku". Potem przespacerować się malowniczą ulicą Mariacką, gdzie rozłożyły się liczne galerie i pracownie kultywujące rzemiosło jantarowe. Można tu kupić unikalną biżuterię, często pojedyncze egzemplarze: oprawione w złoto wisiorki, kolczyki, pierścionki, naszyjniki, bransoletki czy różnego rodzaju rzeźby i ozdoby. 80 procent całej gdańskiej produkcji trafia do Państwa Środka, największego odbiorcy jantaru na świecie. Trudno się temu dziwić, skoro w czasach dynastii Han, 2000 lat temu, był on wart więcej niż 5 kilogramów szczerego złota.

Sposób poławiania bursztynu nie zmienił się od wieków. Po każdym wiosennym i jesiennym sztormie na brzegu morza pojawiają się pasjonaci, wypatrujący mew krążących nad niesionymi falami „śmieciami". Tam, w stercie wodorostów, martwych ryb i roślin oraz różnych odpadów, wyławiają siatkami swoją zdobycz. Szczęściarze mogą nieraz znaleźć okazałe, cenne egzemplarze, nierzadko nawet i półkilogramowe bryłki. Większość jednak musi się zadowolić małymi, bezwartościowymi fragmentami wielkości pestki od brzoskwini. Szacuje się, że w sumie na naszych plażach zbiera się około 4 ton jantaru rocznie. Dużo więcej tego surowca wydobywa się w obwodzie kaliningradzkim, chociaż Polska ma też spore szanse, bo na Lubelszczyźnie, przy okazji poszukiwań gazu łupkowego, odkryto duże pokłady tej kopaliny.

Skoro Chiny myślą kategoriami reaktywacji Jedwabnego Szlaku, to znawcy tematu uważają, że czas najwyższy pomyśleć o nawiązaniu do dwóch najważniejszych w dziejach Starego Kontynentu starożytnych szlaków handlowych łączących północ z południem: Od Waregów do Greków i Szlaku Bursztynowego. Ten koncept, uzupełniony projektem Via Carpatia, łączącym Kłajpedę z Salonikami, ma już nazwę: Międzymorze, które łączy komunikacyjnie-handlowo wybrzeża trzech mórz: Bałtyckiego, Egejskiego i Czarnego, i jest odpowiedzią Europy na Nowy Jedwabny Szlak. Polska i Białoruś automatycznie stałyby się jego sercem. Co ciekawe, wszystkie arterie na osi wschód–zachód, północ–południe przecinają się w Polsce. Po raz pierwszy od kilkuset lat możemy być zadowoleni z naszego geograficznego położenia i nie zadowalać się jedynie laurką lidera Europy Środkowo-Wschodniej, ale myśleć o geopolitycznym sercu, które dodatkowo jeszcze spaja Europę z Azją.

Autor jest znanym podróżnikiem i odkrywcą

Reklama
Reklama

ZOBACZ WIĘCEJ ARTYKUŁÓW Z RZECZPOSPOLITEJ

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon