Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Mistrzu, wracaj do zdrowia! Szurkowski po koszmarnej kraksie jest przykuty do łóżka. „Jeszcze wsiądę na rower”

Logo Przegląd Sportowy Przegląd Sportowy 2018-11-06 Kamil Wolnicki
Ryszard Szurkowski © Archiwum prywatne Ryszard Szurkowski

10 czerwca legendarny polski kolarz miał poważny wypadek. Walczy o powrót do pełnej sprawności. Nam opowiedział o tym, co go spotkało.

Panie Ryszardzie, musimy się w końcu spotkać na dłuższą rozmowę – mówiłem wiosną w rozmowie telefonicznej.

– To może jakoś latem? Będzie więcej czasu, bo ja ciągle jestem zabiegany – odpowiedział Ryszard Szurkowski. Nie udało się. Spotkaliśmy się na początku listopada w Konstancinie-Jeziornie, w Mazowieckim Centrum Rehabilitacji „Stocer”, gdzie legendarny polski kolarz, dwukrotny wicemistrz olimpijski, trzykrotny mistrz świata i pięciokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju leży od ponad 13 tygodni. Leży i walczy o powrót do normalności. Prawie pięć miesięcy temu uległ wypadkowi podczas wyścigu w Kolonii. Przeszedł dwie operacje kręgosłupa i skomplikowaną operację twarzy, cały czas ma czterokończynowe porażenie i całe dnie spędza w szpitalnym łóżku. Dotąd o tym, co go spotkało, wiedzieli tylko najbliżsi.

– To co, żółwik? – zapytał z uśmiechem na początku rozmowy i uniósł prawą rękę. Wciąż nie może jej zacisnąć w pięść, ale ani myśli o tym, żeby się poddać. Kiedy wsiadał na rower, stawał się wojownikiem. Teraz nic się nie zmieniło. Mistrz ma w sobie ogromne pokłady optymizmu i chęci do walki.

Kamil Wolnicki: Czasem nie wiadomo jak zacząć rozmowę... 

Ryszard Szurkowski: Od początku. 10 czerwca wystartowałem w wyścigu w Kolonii. Kraksa, jak kraksa. Nie jechałem zbyt szybko, pewnie coś ponad 40 km/h, w płaskim, szerokim terenie. Dwóch kolarzy przede mną sczepiło się kołami, ja walnąłem w nich i poleciałem na bruk, a z tyłu najechał na mnie peleton. Gdybym jechał dziesięć pozycji dalej, wpadłbym na kupę ludzi i nic by się nie stało. No, ale się wydarzyło. Hamowanie było bez sensu, ale musiałem odruchowo zacisnąć klamki, bo nie chroniłem głowy. Walnąłem twarzą w asfalt. Nic więcej sobie nie zrobiłem, nie miałem żadnych zadrapań na ciele. Ale głowa... Jakby ktoś walnął mnie dechą w czapę. Słyszałem trochę trzasku, zgrzytu, widziałem swój kask przed sobą, bo spadł mi z głowy. O dziwo, nie straciłem przytomności.

Od razu wiedział pan, że jest źle?

W ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jeszcze nie wszyscy zdążyli wstać po kraksie, a już podjechała karetka. Zresztą, wypadek wydarzył się tuż przy szpitalu. Byłem w szoku, nawet nie próbowałem się ruszać. Zresztą, myślałem, że szybko dojdę do siebie. Trafiłem na stół, najpierw 2 operacje kręgosłupa, a po tygodniu operacja twarzy, która trwała siedem godzin. Górna szczęka rozpadła się na trzy części, oczy wisiały w zasadzie na sznurkach, miałem zmiażdżony nos i wyrwaną dolną wargę. W tym miejscu miałem dziurę i cały czas zęby na wierzchu. Cholera, nie wiem jak to zrobili, ale po zdjęciu opatrunku znowu miałem usta. Wszystko wygląda tak, jak powinno. Przecięli mi też kark. Operował mnie Hindus, który mówił później, że jeszcze nie widzieli nosa w takim stanie, jak mój. Stwierdził, że to, co robili, przypominało układanie puzzli. Do dzisiaj mówię przez nos i czuję, że jest jakiś jakby sztuczny. Włożyli mi też kilka tytanowych płytek w okolicach oczu. To się wyciąga po pół roku, ale podobno jestem w takim wieku, że można też zostawić. Myślą pewnie, że za pół roku będzie już po mnie, więc po co? A tak serio – po wypadku pamiętam jeszcze, że w karetce bardzo trzęsło, a później, że widzę jasne światła w szpitalu i rozcinają mi nożycami ubranie. Po operacji miałem szczękę ściśniętą metalowymi zaczepami, nie mogłem też normalnie oddychać nosem. Za mną stała maszyna, a do niej dopiętych z dziesięć kroplówek. Wciąż jednak zakładałem, że minie trochę czasu i wrócę do domu. Tymczasem po trzech tygodniach w Kolonii przenieśli mnie do ośrodka rehabilitacyjnego koło Dortmundu, a tam mówią, że będę u nich do października! „No jak? Uciekam do domu!” – pomyślałem. Udało się zorganizować powrót samolotem. Pierwszą osobą spoza rodziny, która się dowiedziała o wypadku, był Mietek Nowicki, prezes Towarzystwa Olimpijczyków. On spotkał się z szefem Mazowieckiego Funduszu Zdrowia, a dalej poszło. Wróciłem do Polski.


Poza twarzą ma pan też problem z odzyskaniem pełnej sprawności.

Mam czterokończynowe porażenie. Wszystko dlatego, że zmiażdżyłem rdzeń kręgowy. Podczas wypadku zrobił się na nim mały wylew. To tak zwane uszkodzenie mozaikowe. Mam jednak nadzieję, że dojdę do zdrowia. Ruszam już trochę rękoma, choć lepiej prawą. Gorzej z nogami, dopiero zaczynam ruszać palcami u stóp. Jest lepiej, bo przez dwa miesiące w ogóle niczym nie mogłem poruszyć. Gdybym miał 25 lat, pewnie wszystko działoby się szybciej, a tak... trzeba czekać. Nikt nie wie jak długo, ale nie poddaję się.

Na wyścig pojechał pan sam?

Nie, z przyjaciółmi z Polski i Niemiec. Byłem tam po raz trzeci, bardziej dla towarzystwa kolegów, niż dla siebie. Ja nie brałem zbyt często udziału w takich imprezach. W Polsce startowałem zazwyczaj na otwarcie sezonu w Sobótce i w Tour de Pologne. Nigdy nie chodziło mi o wynik. Zdarzało się stawać na ścianie w Gliczarowie i robić zdjęcia z kibicami. W Niemczech na starcie stanęło ponad pięć tysięcy ludzi. Ruszyłem w grupie +6, do pokonania miałem 62 kilometry. Jechałem swoim tempem, nie ścigałem się z nikim za bardzo. Teraz pamiętam, że widziałem po prawej chłopaka w biało-czerwonym stroju i nawet pomyślałem, żeby przeskoczyć i pojechać za nim. Kurczę, nie zrobiłem tego i dupa...

Całe życie był pan aktywny, a teraz jest przywiązany do łóżka.

Trzeba ćwiczyć i czekać. Nie miałem momentów załamania, przynajmniej na razie. Dwa miesiące w ogóle się nie ruszałem i gdyby było tak dalej, to pewnie... Ale widzę, że robię postępy, mięśnie zaczynają pracować. Jest takie urządzenie do pionizowania. Przypinają człowieka kolanami i piersiami, żeby próbować postawić. Na początku przy trzydziestu stopniach przychodzą zawroty głowy i duszności. A mnie już udaje się stanąć w pionie! Tętno szaleje, można zemdleć albo zwymiotować, ale trzeba walczyć. Warto, bo to też wpływa na psychikę. Człowiek czuje, że coś zaczyna się dziać.

Przydaje się charakter prawdziwego sportowca.

Ja wiem, że powrót do sprawności jest możliwy. Rehabilitant dostał ostatnio zdjęcie od człowieka, z którym pracował. Pacjent pół roku leżał bez ruchu, a teraz widać na fotce, jak idzie sobie z plecaczkiem po górach. Mam przed sobą wiele pracy, ale mięśnie zaczynają odżywać. Prawa ręka szybciej dochodzi do sprawności, lewa wciąż jest bardzo ciężka i słaba. Trzeba czasu i pracy. Nie wiem ile, są różne opinie, robię swoje. Jestem sportowcem i tak też sobie o tym wszystkim myślę. Muszę ćwiczyć, ale nie mogę się przetrenować. Kiedy położę się po dwóch godzinach ćwiczeń, zasypiam w trzy sekundy. Najchętniej spałbym jeszcze dłużej, gdyby nie odwiedziny żony. Oczywiście żartuję! Obok mnie leży kolega, który nie ruszał się dwa miesiące, a już chodzi.

W latach sportowej świetności Ryszard Szurkowski był bohaterem tłumów. Gdy startował i wygrywał, ulice pustoszały. © PAP W latach sportowej świetności Ryszard Szurkowski był bohaterem tłumów. Gdy startował i wygrywał, ulice pustoszały.

Jak wygląda pana dzień?

Mam rehabilitanta od 11 do 13.30. Zostaje ponad 21 godzin, podczas których nic nie robię, choć wolałbym ćwiczyć. Za tyle jednak płacą pracownikowi, więc nic więcej się nie da zrobić. Nie mogę też pracować z nikim z zewnątrz, bo takie są zasady szpitala. Zostaję sam ze swoimi myślami, a to najtrudniejsze. Człowiek się tylko wścieka z bezsilności. Po ćwiczeniach i drzemce się budzę, a organizm domaga się kolejnego wysiłku. Nic z tego, w szpitalu zostaje tylko dyżurna. Odwiedzają mnie koledzy, byli już chyba wszyscy. Wpadł Andrzej Supron, Kajetan Broniewski, wielu kolarzy, kilku kumpli z „cywila”, głównie ze wspólnych gier w tenisa. No i Szymek Krotosz, masażysta, który odwiedza mnie co drugi dzień. Na początku mówili mi, że przyszedł syn. Dobra, myślałem sobie, po co prostować, jeszcze będą się czepiali. A tak to wpada i możemy przy łóżku próbować coś robić. To najtrudniejsza walka w moim życiu. Kiedy człowiek jest zdrowy, inaczej przyjmuje wysiłek. Teraz jestem jak niemowlak. Nie stoję na własnych nogach, tracę równowagę, głowa leci na boki. Tu zresztą wszyscy są tacy. Ci, którzy zaczynają chodzić, też się mogą przewrócić. Ja ćwiczę siadanie. Wytrzymam dziesięć, czasem piętnaście sekund, a później lecę i ktoś musi mnie łapać. Cieszę się nawet tym, bo jeszcze niedawno nie było mowy o próbie siadania. Teraz czuję, że mięśnie drżą, a to znaczy, że pracują. Tak samo jest ze wstawaniem na pionizatorze. To taka walka, że po kilkunastu sekundach pot leje się strumieniami. A przecież tylko stoję trzymany przez urządzenie. To cholernie trudne.

Jak w wyścigu kolarskim, wszystko etapami.

Tak to sobie tłumaczę. I, jak w sporcie, nie mogę przesadzić. Koledzy, którzy już chodzą, postanowili iść na spacer do tężni. To było ich pierwsze wyjście poza oddział. Ledwo udało im się wrócić, bo nie dawali rady. Cóż, walczę o sukcesy w kolejnych etapach, kilka już osiągnąłem, ale myślę o klasyfikacji generalnej. Problem w tym, że tutaj, w Konstancinie-Jeziornie najdłuższy okres pobytu, to 16 tygodni. Później wypisują człowieka do domu, gdzie raz w tygodniu wpada rehabilitant. Ja jestem tu 13. tydzień.

Co dalej?

Chcę jechać do Kamienia Pomorskiego, gdzie jest nowoczesna, prywatna klinika. Mają tam egzoszkielet i wszystko, co pozwala na szybszą rehabilitację. To wszystko dużo kosztuje, ale każdy dzień czekania to ogromna strata czasu. Nie chcę narzekać, pracujemy od wielu tygodni, ale chcę jeszcze więcej. Tu, gdzie jestem, często widzę takich ludzi, którym brakuje sił i zapału do ćwiczeń. Ja cały czas mam w sobie chęci i wolę walki. Czuję, że muszę ćwiczyć.

Dlaczego tak długo nie chciał pan powiedzieć publicznie o tym, co się stało?

To była moja decyzja. Gdybym był na wyjeździe reprezentacyjnym, jechał w biało-czerwonej koszuli... Ale ja znalazłem się tam prywatnie. Czym to się różni od tego, gdy ktoś zrobi sobie krzywdę w górach albo spadnie z balkonu? Zdarza się i tyle. Tak uważałem. Zresztą, na początku myślałem, że wystarczą mi dwa miesiące i o własnych siłach wrócę do domu. A tu wszystko trwa, więc co tu dalej ukrywać? Koledzy, którzy mnie odwiedzali, też mówili, że warto powiedzieć, że zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże. Mam kolegę, pasjonata jazdy na rowerze, już dawno założył z kolegami fundację, która pomaga potrzebującym. To „Stowarzyszenie Lions Club Poznań 1990”. A ja chcę spróbować nowego miejsca i sposobów rehabilitacji.

Ryszard Szurkowski cały czas wierzy, że jeszcze wsiądzie na rower. © PAP Ryszard Szurkowski cały czas wierzy, że jeszcze wsiądzie na rower.

Rozmawiamy już długo i cały czas bije od pana optymizm.

Nie mam pretensji do losu, bo nie ma powodu. Zresztą, trzeba być w takim miejscu, jak ja, żeby zobaczyć inne przypadki. Jest tu chłopak, który jechał motocyklem. Nie za szybko, a jednak znalazł się na poboczu i jest do połowy sparaliżowany. Inny ma 24 lata, jechał na deskorolce, podskoczył, upadł i pękł mu rdzeń kręgowy. Już nigdy nie będzie chodził. Kolejny wspinał się na ściance. Spadł z dwunastu metrów, bo lina, która miała atest na sześć ton, się przerwała. On na szczęście powoli zaczyna chodzić, ale wcześniej rok nie było o tym mowy. Mówię o tym, że ludzi spotykają różne wypadki i trzeba walczyć, radzić sobie w trudnych sytuacjach.

Ile miał pan kraks w karierze kolarskiej?

Trochę ich było, ale niewiele takich, przez które nie kończyłem wyścigów. W Wielkiej Brytanii byłem liderem, ruszyliśmy na górską premię, którą wygrałem. Chwilę później skontrował Szwajcar, za nim poszedł Rosjanin, a ja zostałem kilkanaście metrów za nimi. I wtedy na drogę wyszło stado baranów. Oni w nie wjechali, ja uciekłem na bok, a tam był tłuczony kamień. Wyrzuciło mnie w górę, huknąłem głową i kolanem w asfalt. Chciałem jednak jechać dalej, ale spojrzałem na kolano. Chwilę później pojawiło się pogotowie i rzeczywiście pojechałem dalej, ale karetką. Podczas Wyścigu Pokoju, gdy pierwszy raz walczyłem o wygraną, leżałem na stadionie w Poznaniu. Innym razem miałem kraksę w Kaliszu. Zmienili trasę, a ja jechałem pierwszy i skręcając w bramę, wjechałem w tłum ludzi. Nic się nie stało. Jak tak sobie myślę, to dużo tego było. Podczas Tour de Pologne

w 1974 roku wjechałem na stadion w Mielcu z 30-metrową przewagą. Tam był żużel, wyrwali chwasty, ale nawet nie polali tego wodą. Na ostatnim wirażu koło wpadło mi w dziurę i poleciałem. Skończyłem czternasty. W roku igrzysk olimpijskich w Moskwie wziąłem się za bary z trenerem kadry Zbigniewem Rusinem. Po dobrym starcie w Austrii byłem pewny, że znajdę w składzie. A tymczasem biorę rano do ręki „Przegląd Sportowy”, a tam mnie nie ma. Poszedłem do Rusina i mówię mu: „Wygram teraz wszystkie wyścigi, w których pojedzie kadra, którą pan wybrał. Co pan wtedy zrobi?!”. „Wtedy pojedziesz” – odpowiedział. Był jakiś miesiąc do igrzysk i kilka startów. Przed Małopolskim Wyścigiem Górskim ścigaliśmy się w Krakowie. Prowadziłem w końcówce, a dwie rundy przed metą odwróciłem się za siebie zobaczyć, kto mnie goni. W tym momencie żołnierz wyszedł przed tłum, żeby usunąć z trasy ludzi. Walnąłem go barkiem i wyrwałem sobie obojczyk. Dojechałem do mety drugi. Założyli mi gips i wiedziałem, że nie wygram tak, jak zapowiadałem. Dziesięć dni później były jednak mistrzostwa Polski. Zdjąłem ten gips, rozruszałem rękę i ruszyłem do Kielc. Zobaczył mnie Rusin i zbladł. Dzień przed startem siedzieliśmy przy stole grupą kolarzy, którzy nie znaleźli się w składzie na igrzyska. Tadek Mytnik zawołał Rusina i mówi: „Doktor, przy tym stole siedzi mistrz Polski. Już teraz zamówiliśmy szampana!”. Trzy czwarte wyścigu walczyłem, ale ból był taki... Dzisiaj zjadłbym jakiś lek i jechał do końca, ale wtedy nie dało rady wytrzymać. Wychodzi na to, że zderzenie z żołnierzem kosztowało mnie igrzyska.

Trochę tych upadków było.

To nie koniec. Kiedyś w Algierii urwała mi się korba, wywaliłem się. Rok później w tym samym miejscu pomagałem koledze, zahaczyłem o coś pedałem i poleciałem! Strasznie się poobdzierałem. Dzień później wracaliśmy samolotem, mieliśmy dobę czekania na przesiadkę w Rzymie, a mnie dopadła jakaś zaraza. Drżałem, dostałem tak wysokiej gorączki, że nie nadążali mnie okładać zimnymi prześcieradłami. Wydawało się, że jest bardzo źle, a ja po trzech godzinach wstałem i poszedłem z chłopakami na spaghetti. Albo pamiętam 1971 rok i etap Wyścigu Pokoju do Szczecina. Przed finiszem jakoś się wszyscy rozjechali na boki, ja wskoczyłem na chodnik, a tam były wielkie stojaki z flagami. Przywaliłem w to tak, że rower się roztrzaskał na części, a ja przeleciałem nad flagami. Każdy z tych przypadków mógł się skończyć groźnie. Innych zdarzeń, gdy człowiek jechał tyłkiem po asfalcie, nawet nie wspominam.

Teraz, w szpitalu, ma pan więcej czasu, żeby wracać pamięcią do starych czasów.

Pamiętam start w Tour de l’Avenir. Na trasie wjeżdżaliśmy bardzo wysoko w góry, a ja wygrałem etap pewnie dlatego, że tego nie widziałem. Najpierw jedna warstwa chmur, później druga. Wołaliśmy do siebie, żeby sprawdzić, czy kolega ciągle jest blisko, bo nic nie było widać. Później, w tym samym miejscu triumfował Eddy Merckx. To mi dało satysfakcję. Wie pan co? Skoro rozmawialiśmy o kraksach, to przypominam sobie moje początki. W 1968 roku zaczynałem się ścigać na poważnie, bo wcześniej ledwie kilka razy jechałem w peletonie. No i przez ten brak doświadczenia co chwilę leżałem, ze strachu! Postanowiłem więc, że będę uciekał. Byłem wtedy jeszcze takim tłuścioszkiem na rowerze, bo ważyłem jakieś 85 kilogramów, czyli z osiem więcej niż później. Starsi kolarze, jeszcze z gwardii Henryka Łasaka, podpuszczali: „Ty, mocny, weź zaatakuj!”. No i atakowałem.

Teraz też pan atakuje i się nie poddaje. Mówiliśmy wcześniej, że walczy pan o sukces w klasyfikacji generalnej. Co będzie sukcesem? Stanięcie na nogach, długi spacer czy jeszcze co innego?

Potrzebuje czasu, ale wie pan co? Chcę jeszcze pojeździć na rowerze. Będę miał trenażer, na którym chciałbym odbudować mięśnie, a później zobaczymy. Ale spokojnie, mam czas, walczę.

Rehabilitacja Ryszarda Szurkowskiego jest bardzo kosztowna. W pomoc mistrzowi zaangażowało się „Stowarzyszenie Lions Club Poznań 1990”. Organizacja działa od września 1990 roku i od początku niesie pomoc potrzebującym. Jej motto to: „Służymy”. Teraz „LC Poznań 1990”, który od lat działa na wielu polach, będzie prowadził zbiórkę pieniędzy na rzecz Szurkowskiego.

***

Trwa zbiórka dla mistrza

Wpłat można dokonywać na konto: 

09 1240 1747 1111 0000 1845 5759

W dane przelewu wystarczy wpisać dane odbiorcy: ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 189, 60-594 Poznań, a w tytule: „RYSZARD SZURKOWSKI – REHABILITACJA”

Reklama
Reklama

WIĘCEJ NA PRZEGLADSPORTOWY.PL

Przegląd Sportowy
Przegląd Sportowy
Reklama
Reklama
Reklama
image beaconimage beaconimage beacon