Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Co opozycja powinna zrobić z IPN po wygranych wyborach?

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska 2018-09-12 Adam Leszczyński
© photo: Jacek Turczyk / source: PAP

Kiedy opozycja wygra wybory, w IPN musi wprowadzić opcję zerową. Powinna zlikwidować instytut i powołać na jego miejsce nową placówkę zajmującą się badaniami naukowymi, a nie prawicowo-nacjonalistyczną propagandą. Oto, co powinna zrobić.

IPN już dawno przestał być placówką służącą badaniu historii Polski, tylko stał się zbrojnym ramieniem partii rządzącej na arenie historii. Cytuję tutaj wypowiedź historyka prof. Jana Grabowskiego z Ottawy, ale mógłbym się po nią podpisać.

Instytut, dodajmy, od swojego powstania nigdy nie był politycznie neutralny. Zdarzyło mu się kiedyś zrobić jedną konferencję o dorobku niepodległościowym Polskiej Partii Socjalistycznej, ale poza tym zajmował się głównie gloryfikowaniem pamięci prawicy: upamiętnianiem „wyklętych”, zwłaszcza tych katolicko-narodowych. Pod rządami PiS skręcił jeszcze bardziej na prawo, chociaż wcześniej trudno to było sobie wyobrazić. Dziś ton nadają tam historycy posądzani o związki z radykalnymi nacjonalistami, dla których PiS to zgniły demoliberalizm. Szeroko opisywane w prasie przypadki dr. Mariusza Bechty czy dr hab. Tomasza Panfila wystarczą tu za przykład.

IPN żyruje także oficjalną ideologię partii rządzącej, według której Okrągły Stół był zdradą, III RP kondominium niemiecko-rosyjskim, a Wałęsa agentem. Prezes tej instytucji, wcześniej znany głównie jako autor bogoojczyźnianych książeczek dla dzieci, powiedział ostatnio, że Okrągły Stół był „drugą Jałtą”. Polacy, którzy dogadali się przy Okrągłym Stole i zdemontowali w Polsce komunizm, nie są jak widać dla prezesa Polakami – bo w Jałcie o losach Polski nie decydowali Polacy.

Z takich kuriozalnych cytatów można łatwo złożyć książkę. Nie wątpię, że ktoś ją kiedyś napisze.

Problemem IPN jest więc dziś skrajna ideologizacja. Instytut prezentuje wizję historii fałszywą na poziomie systemowym: np. kiedy mówi o historii okresu powojennego, podkreśla właściwie wyłącznie znaczenie oporu zbrojnego – podczas gdy największym przeciwnikiem komunistów nie byli wówczas „wyklęci”, ale PSL Mikołajczyka, czyli opozycja legalna i o czysto politycznym charakterze.

Tego z wydawnictw IPN i z jego akcji edukacyjnych trudno się dowiedzieć.

Co zrobić z IPN?

Przed opozycją stoi więc ważne pytanie: co zrobić z IPN, kiedy już zdobędzie sejmową większość?

W obecnym kształcie istnienie instytutu nie ma sensu: uratować pamięć narodową może tylko likwidacja IPN i powołanie na jego miejsce czegoś nowego. Instytut jednak zajmuje się nie tylko propagandą – nazywaną dla niepoznaki edukacją – oraz zmianami nazw ulic i wydawaniem opozycjonistom świadectw moralności.


Ma pion prokuratorski, w którym prokuratorzy zajmują się zbrodniami nazistowskimi i komunistycznymi. Tych spraw zostało niewiele i w ogromnej większości kończą się umorzeniem ze względu na śmierć sprawców. Nie ma powodu, aby tych śledztw, które jeszcze są do przeprowadzenia, nie oddać zwykłej – a nie nadzwyczajnej – prokuraturze, przenosząc do niej prokuratorów dziś zatrudnionych w IPN.

IPN ma pion archiwalny, któremu powierzono archiwa dawnej Służby Bezpieczeństwa. W latach 90., po upadku komunizmu i samorozwiązaniu partii, archiwa Komitetu Centralnego PZPR przekazano po prostu do państwowego Archiwum Akt Nowych. Nie ma żadnego powodu, żeby archiwa dawnej SB traktować dziś w specjalny sposób. Dawny „zbiór zastrzeżony” z dokumentami ściśle tajnymi został w 2017 r. ujawniony, lustracja przeprowadzona. Pion archiwalny powinien zostać zlikwidowany, archiwa przekazane do AAN, którym równocześnie trzeba dosypać pieniędzy na tyle, żeby mogły udźwignąć ten ciężar (nasze publiczne archiwa są permanentnie i od dekad niedofinansowane).

IPN ma także pion badawczy i edukacyjny. Te trzeba po prostu zlikwidować i powołać na ich miejsce coś nowego: obecną strukturę może oczyścić tylko dynamit albo buldożer. Nową placówkę można nazwać „Instytutem Badań nad Historią Polski XX w.” albo „Instytutem Badań nad Totalitaryzmami” oraz odideologizować – co powinno być widoczne w nazwie.


Konieczność powołania nowego IPN

Nowy instytut badawczy powinien być mniejszy i pozbawiony balastu dawnej, skompromitowanej nazwy.

Opcja zerowa jest jedyną szansą na powołanie normalnej placówki naukowej – czyli takiej, w której historia polski nie będzie prezentowana z jednej ideologicznej perspektywy. To nie znaczy, że wszyscy badacze zatrudnieni w IPN trafią na bruk. Powinni móc starać się o przyjęcie do pracy do nowego instytutu na takich samych warunkach, jak historycy z uniwersytetów czy instytutów PAN – albo ci, którzy dopiero kończą studia czy doktoraty.

Właściwie jedyną częścią aktywności IPN godną utrzymania w niezmienionej formie są ekshumacje i identyfikacje ofiar władz komunistycznych – często chowanych wówczas w anonimowych grobach. Polskie państwo jest winne odnalezienie i identyfikację skazanych i zamordowanych zarówno im samym, jak i ich rodzinom. Władze USA – kraju, który pilnuje takich spraw niesłychanie drobiazgowo – szukają przez dekady każdego zaginionego żołnierza i sprowadzają do kraju ich zwłoki, nie szczędząc żadnych kosztów. To ma sens symboliczny: państwo polskie powinno pamiętać o każdej ofierze represji, czy to nazistowskich, czy komunistycznych, i w miarę możliwości (a badania DNA dają duże możliwości) oddawać im należny szacunek.


Prawica doskonale rozumie, że pamięć i historia są narzędziem władzy. Tego zupełnie nie rozumieli liberałowie, oddając w praktyce opowiadanie o historii przeciwnikom III RP. W efekcie politycy PiS mogą dziś opowiadać o przeszłości absolutnie niestworzone rzeczy, np. próbując usunąć Lecha Wałęsę z historii „Solidarności”. Ostatnio IPN nie spodobało się nazwanie prof. Bronisława Geremka – jednego z niewątpliwych bohaterów polskiej niepodległości – „współtwórcą demokratycznej Polski” na tablicy pamiątkowej. Odmawianie mu tego miana jest aktywnym fałszowaniem narodowej pamięci. Dla instytucji, która się tego dopuszcza, nie ma już zbawienia. Zostaje tylko buldożer.

Reklama
Reklama

Więcej na Newsweek.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon