Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Objawy powszechnego zidiocenia

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska 2017-05-31 Joanna Rolińska

© photo: Leszek Szymański / source: PAP

Szło nie tylko o politykę, ale też o konwenanse, o obłudę, cały ten skłamany moralizatorski bełkot płynący z środków masowego przekazu – pisarz Michał Komar opowiada o atmosferze kabaretów w latach 60. i 70.

Co było łącznikiem między kabaretem przedwojennym i PRL-owskim?

Autorzy i widzowie. W 1954 r. zaczął działać w Gospodzie Ludowej Bristol, w hotelu Bristol, kabaret Szpak. Tworzyli go ludzie pamiętający przedwojnie lub przynajmniej żyjący mitem Qui Pro Quo czy Cyrulika: Tadeusz Olsza, Władysław Królikiewicz, Hanka Bielicka, Hanna Skarżanka... Widzowie pamiętali lub chcieli udawać, że pamiętają. Była ciągłość oparta na tekstach monologów i piosenek. Teresa Lipowska wspomina, że gdy śpiewała w Kabarecie Dudek piosenkę „Bez twej miłości” Jerzego Petersburskiego i Andrzeja Własta i na widowni zjawiał się Petersburski, to trema mocniej ściskała ją za gardło.

Forma, jaką jest kabaret literacki, była więc gotowa. Treść? Przecież to był czas – po latach grozy – niezwykłego ożywienia umysłowego i potrzeby śmiechu. Ale w latach 60. polską przestrzeń kabaretową zdobyły zespoły tworzone przez młodzież, przez studentów.

Właściwie dlaczego?

Przeszli przez okupacyjne dzieciństwo, ponurą, pełną sztandarów i masówek epokę stalinowską. Przez entuzjastyczny Październik i odwrót od wolnościowych nadziei 1956 r. Przeżyli przygodę z włoskim neorealizmem, z filmami Rosselliniego, Viscontiego, De Sici i Felliniego. Z teatrem Brechta. Czytali Kafkę, Camusa, Faulknera, Hemingwaya, książki do tej pory niedostępne. Słuchali jazzu i radia, od Wolnej Europy po Radio Luxembourg. Niektórzy nosili jeansy i amerykańskie kurtki z demobilu. Chcieli to opowiedzieć. To historia tworzenia nowej wrażliwości.

Studencki Teatr Satyryków, który powstał w 1954 r., tworzyli: Andrzej Jarecki, Jarosław Abramow, Stanisław Tym, Jan Tadeusz Stanisławski, Agnieszka Osiecka. W kabarecie Pinezka, który zorganizował Jan Świąć na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, śpiewały m.in. wspaniale swingująca Maria Koterbska, Halina Kunicka i Rena Rolska. Kabaret Stodoła nastręczał sporo pracy cenzurze i zachowawczym recenzentom zarówno z powodów natury ideowej, jak i obyczajowej. Ideowo – gorycz rozczarowania. Obyczajowo? Ze sceny padały niekiedy słowa nieprzyzwoite, gorszące. Jacek Korczakowski wyjaśniał wówczas w piosence:

„Przesady – w tym bieda

uniknąć się nie da

i było przejawów jej szereg

I przez te drobnostki,

po kulcie jednostki

rozpoczął się kult liter czterech”.

Kabaret Stodoła został zmiażdżony po tym, jak Jan Biczycki wystawił w 1959 r. „Króla Ubu”. Do szturmu ruszyli upiorni funkcjonariusze Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego i Wydziału Propagandy KC PZPR. Alfred Jarry i Jan Biczycki okazali się w PRL twórcami wyklętymi.

Wojciech Młynarski jako student polonistyki debiutował w studenckich Hybrydach.

Jan Pietrzak stworzył tam Estradę Poezji i Pieśni Rewolucyjnej, która z czasem przekształciła się w Studencki Teatr Hybrydy z ambitnym repertuarem. Wojtek napisał teksty do programu „Radosna gęba stabilizacji”, a potem do „Ludzie to kupią”.

Jaki wtedy był?

Miał ksywę Pszczół. Dlaczego? Pytałem o to Stefana Friedmanna, którego – jeszcze ucznia liceum – wciągnął do kabaretu. Odpowiedział tak: „Bo nieprawdopodobnie pracowity, skrupulatny, oprócz tego wyglądał trochę jak pszczoła – taki jasny, smukły. Pszczoła, czyli przynosząca coś dobrego”. „Niedziela na Głównym”, pierwsza piosenka, którą śpiewał, była tak fantastycznie ożywcza, prowadziła do rzeczywistego świata. Inspirował się wyrafinowaną tradycją piosenki francuskiej, a jednocześnie nurzał w szarej PRL-owskiej rzeczywistości. I odwoływał się do najlepszej tradycji polskiej inteligencji. Jesteśmy tu, czerpiemy z tego, co jest tu, ale wiemy też, jak jest gdzie indziej i staramy się otworzyć na świat, ponad granicami.

Byłem na tej premierze. Mała sala. Przy wejściu kłębiący się tłum. Nie miałem biletu. Wszedłem na czworakach, a potem przez dwie godziny śmiech i zdumienie, że tak można. Stanisław Tym, Jerzy Dobrowolski i Andrzej Bianusz – autorzy tekstów – mieli niezwykły słuch na przejawy powszechnego zidiocenia systemowego. To sztuka znaleźć słowo, które brzmi uroczyście, poważnie, a jednocześnie dogrzebuje się do fundamentów głupoty – oni nam to przynosili na tacy. I kiedy gigantyczną porcję idiotyzmu lat 60. zebrało się razem, to brzmiało nie jak petarda, ale jak wybuch bomby. Program Owcy był tak ostentacyjnie szyderczy, że zakładałem się z kolegami, kiedy wkroczy cenzura, za tydzień czy za dwa? Następnego programu już nie było.

Kabaret jako sfera wolności?

Jako przestrzeń, w której twórcy i widzowie wspólnie dochodzą – przez śmiech i namysł – do porozumienia. Ono wyrażało się na poziomie myślowego skrótu, który za chwilę stanie się słowem powszechnym i objaśniającym to, co za oknami, co szare, bezmyślne, irytujące głupotą, złem. Młynarski był mistrzem takiego skrótu, od „Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głupio” po „Róbmy swoje”. Szło nie tylko o politykę, ale też o ciasne konwenanse, o obłudę, cały ten skłamany moralizatorski bełkot płynący z środków masowego przekazu, tak znakomicie uchwycony i wybebeszony w latach 70. przez Salon Niezależnych. Pamiętam to oburzenie, krzyki aż po nienawistny skowyt, gdy Maciek Zembaty przyłożył do Marche funèbre z Sonaty b-moll Fryderyka Chopina tekst pod tytułem „Ostatnia posługa”:

„Ubodzy krewni niosą mnie na swych ramionach

A za trumną idzie żona

Choć właśnie pada – pada deszcz

W dębowej trumnie sucho jest

Ubodzy krewni przemoczeni są zupełnie

Żona pewnie się przeziębi

Dość długa droga czeka ich

Kilometr z hakiem muszą iść…”.

Reklama
Reklama

Więcej na Newsweek.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon