Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Ksiądz gnębił dzieci, ale pracy w szkole nie straci

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska 2017-06-01 Anna Szulc

Szarpał dzieci za uszy, stukał im w czoła, pstrykał w uszy. Ksiądz z rzeszowskiej podstawówki nadal będzie prowadził lekcje z gnębionymi przez siebie uczniami. Bo przecież nie bił.

Zachowanie księdza wyszło na jaw w marcu tego roku. Po skargach dzieci i ich rodziców dyrekcja szkoły podstawowej numer 14 w Rzeszowie zdecydowała się przekazać sprawę do miejscowego kuratorium oświaty. I co? I kuratorium uznało, że ksiądz, owszem, może i nieco przeholował (sam się, zresztą, przyznał do tych „pstryczków”). Przez moment nawet, na czas prowadzonego postępowania, nie miał zajęć w feralnej klasie. Miał jednak lekcje z pozostałymi oddziałami w szkole. Ostatecznie komisja dyscyplinarna przy wojewodzie wydała takie oto orzeczenie w sprawie ukarania katechety: nagana. Najniższa z możliwych kar.

– We wniosku szkoły była mowa o naruszeniu nietykalności cielesnej, ale absolutnie nie było mowy o biciu – tłumaczyła dziennikarzom Beata Streb, rzecznik dyscyplinarna kuratorium.

Co na to wszystko kościelni przełożeni kapłana? Dla nich sprawy nie ma.

Dziennikiem w głowę

Katecheza przeniosła się z parafii do szkół, na mocy decyzji ministra edukacji narodowej z 1990 roku i Konkordatu między Rzeczpospolitą Polską, a Stolicą Apostolską z roku 1993. W pewnym uproszczeniu: szkoła daje katechecie etat i pensję, ale nad zakresem i sposobem prowadzenia przez niego lekcji czuwa Kościół.

Łódź, wiosna bieżącego roku. Gimnazjaliści hałasują. Ksiądz nie może znieść hałasu, podchodzi do jednego z uczniów (akurat bardzo grzecznego) i uderza go w twarz.

Podkarpacie, rok 2007. 13-letni Bartek popełnia samobójstwo, wiesza się na drzewie, w liście pożegnalnym pisze, że ksiądz oskarżał go o kradzieże, a on jest niewinny. Śledztwo w tej sprawie prokuratura w Brzozowie wszczyna kilka dni po śmierci dziecka. Uznaje jednak, że zgromadzone dowody nie potwierdzają, by kapłan znęcał się nad chłopcem. Ksiądz staje przez sądem dopiero po 10 latach! Dziś zarzuca mu się psychiczne i fizyczne znęcanie się nad nastolatkiem, jak też znęcanie się nad trojgiem innych dzieci.

„Gimnazjaliści hałasują. Ksiądz nie może znieść hałasu, podchodzi do jednego z uczniów i uderza go w twarz”

Drugi koniec Polski, Opole. Ksiądz uderza dziennikiem w głowę dziecko z klasy komunijnej. Chłopiec ma zaburzenia równowagi i potrójne widzenie. Na oddziale neurologii dziecięcej miejscowego szpitala lekarze dociekają, czy doszło do urazu mózgoczaszki. Ksiądz odpowiada z wolnej stopy.

Święte krowy?

Najczęściej katecheci są jednak mili dla podopiecznych. Czasem zbyt mili. Ksiądz, uczący dzieci na Dolnym Śląsku zabierał uczniów na wycieczki, do parków rozrywki i do pokoi hotelowych. Zmuszał dzieci do seksu. Dorośli, także kościelni przełożeni księdza, o wszystkim wiedzieli. Księdza przenoszono latami od parafii do parafii, od szkoły do szkoły.

Świeża sprawa: w jednej ze szkół w powiecie nowotarskim ksiądz–katecheta przez prawie rok molestował dwadzieścia siedmioletnich dziewczynek. Jak to możliwe, że nikt nic nie widział? Jak to możliwe, że ksiądz do dziś, choć sprawę bada prokuratura, jest na wolności?

Pytam ojca Pawła Gużyńskiego, znanego dominikanina, dlaczego przemoc ze strony katechetów bywa bezkarna?

– Nie wszystkie oskarżenia są prawdziwe, a przemoc w szkole jest często wynikiem tego, że nie ma odpowiednich procedur postępowania w napiętych sytuacjach, tak dzieje się od dawna i nie dotyczy tylko katechetów – zaznacza zakonnik. – Z drugiej strony, jeśli chodzi o księży–nauczycieli, faktycznie, istnieje pewne pole dla braku decyzyjności. Może wynikać stąd, że ksiądz jest jednocześnie zatrudniony przez szkołę, z drugiej jego przełożonym jest Kościół. Zdarzać się więc może, że księża, szczególnie w obecnej sytuacji politycznej, traktowani są przez otoczenie jak święte krowy.

„Przemoc w szkole jest często wynikiem tego, że nie ma odpowiednich procedur postępowania w napiętych sytuacjach, tak dzieje się od dawna i nie dotyczy tylko katechetów”.


Zmowa

– Problemem jest często zmowa milczenia, która, szczególnie w małych miejscowościach, gdzie rząd dusz ma wójt albo burmistrz, wespół z proboszczem, prokuratorem i sędzią, miewa się luksusowo – dopowiada Jarosław Makowski, teolog i publicysta. Zmowa, która potrafi trwać nawet przez dekady, o czym świadczy głośna sprawa księdza z Tylawy, który molestował dziewczynki przez kolejne pokolenia. Przez ponad trzy dekady milczeli o pedofilii księdza wszyscy, włącznie z rodzicami dzieci. – Czynny udział w tuszowaniu sprawy miał arcybiskup Józef Michalik, jak też obecny poseł PiS, prokurator Stanisław Piotrowicz – przypomina teolog. W czasie śledztwa Piotrowicza nie widział żadnego problemu, dzieci tylko „dawały ciumka księdzu”. Z kolei macanie dziewczynek przez księdza prokurator uznał za... przejaw „zdolności bioenergoterapeutycznych”.

– Problemem nie jest wyłącznie pedofilia, choć jej zamiatanie pod dywan budzi największą grozę. Problem jednak jest szerszy, wielu księży po prostu nie nadaje się na nauczycieli, bo nie są pedagogami, nie mają odpowiedniego wykształcenia, nie radzą sobie z emocjami, takimi jak zniecierpliwienie, czy gniew – uważa Makowski. Dodaje: – Co ciekawe, sami katecheci często narzekają, że zostali postawieni pod ścianą, narzekają: nie tak miało być! Przecież ja chciałem być księdzem, nie belfrem.

Reklama
Reklama

Więcej na Newsweek.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon