Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

"Wyklinam was!". Przepędzili proboszcza, rzucił na nich "klątwę"

Logo TVN24 TVN24 2018-08-18 Małgorzata Goślińska

Kościół w Łobodnie © tvn24 Kościół w Łobodnie -Osoby, które utrudniały mi życie, wyklinam. A stołu, przysięgam, że nie zabrałem - powiedział proboszcz podczas mszy i wyjechał na zawsze. Dwa tygodnie później biskup zdjął klątwę, ale we wsi już źle się zadziało.

To była msza piątkowa i kościół w Łobodnie świecił pustkami. Ale wieść o klątwie rozeszła się po wsi. Ludzie zadrżeli. Tysiąc ośmiuset, odejmując tych, którzy do końca bronili proboszcza.

Młodsi zadrżeli z oburzenia, bo już nie wierzą w klątwy. Starzy zbierali się po domach w lęku, co teraz będzie. Najbardziej współczuli rodzinie zmarłego, za którego odprawiana była ta msza.

- Osoby, które utrudniały mi życie, wyklinam - powiedział proboszcz do mikrofonu.

- A stołu, przysięgam, że nie zabrałem - dodał. Ukląkł przed ołtarzem, uniósł pięść i powtórzył: przysięgam.

Był 29 czerwca 2018 roku. Tego dnia proboszcz bez pożegnania wyjechał z Łobodna na zawsze.

Wymiana

© Fornito da TVN24

Wyjechał 35 kilometrów dalej, do Małusów Wielkich, wsi leżącej po przeciwnej stronie Częstochowy.

W Małusach nie wiedzą, dlaczego dali im proboszcza z Łobodna ani dlaczego ich proboszcza zabrali do Łobodna. - Wymiana była - wzrusza ramionami Anna z Małusów. - W innych wsiach też powymieniali księży.

- Śpiewa ładnie, ładnie odprawia mszę, głośno mówi, wyraźnie, lata koło kościoła, trawę kosi. Stara się. Tamten też był dobrym gospodarzem, ale teraz ten jest głową Małusów - mówi Anna.

Z kolei w Łobodnie nie rozumieją, dlaczego temu księdzu, ich dawnemu proboszczowi, dali do prowadzenia jakąkolwiek parafię. Małusy są cztery razy mniejsze od Łobodna, ale - pytają łobodnianie - czy to wystarczająca kara za to, co ten ksiądz zrobił z ich figurką Jezusa?

Figurka

© Fornito da TVN24

Jezusa Zmartwychwstałego kupili w maju 2017 roku rodzice dzieci komunijnych z Łobodna. Na dar ołtarza. To tradycja żywa w wielu małych miejscowościach. - Prezent dzieci dla Jezusa, dla kościoła, dla parafii. Nie dla księdza - podkreśla Wioletta, mama jednego z dzieci, które wtedy szły do komunii.

Proboszcz chciał gotówkę, po pięćdziesiąt złotych od dziecka, w sumie - mnożąc przez dwadzieścia dwoje dzieci - tysiąc sto. Obiecał, że sam coś za to kupi dla kościoła i przedstawi rodzicom fakturę. Ale oni już mu nie wierzyli, bo mają znajomych w hurtowni dewocjonaliów w Częstochowie, w której Łobodno się zaopatruje. - Dwa lata wcześniej, jak do komunii szło moje pierwsze dziecko, ksiądz dostał od nas pieniądze, bo nie chciało nam się biegać za prezentami. Twierdził, że kupił ornat, ale zapłacił za niego mniej, niż mu daliśmy - opowiada Wioletta.

Przekonała innych rodziców, żeby tym razem sami kupili dla kościoła to, co wskaże proboszcz. - Najpierw chciał świeczniki, ale były droższe niż tysiąc sto złotych. Figurki Maryi, która jest patronką naszej parafii, nie chciał, bo po co nam druga Maryja. W końcu powiedział: skoro już tak bardzo chcecie figurkę, to niech będzie Jezus, bo nasza jest potrzaskana, ma połamane palce. Ale ma być dokładnie taka sama - zaznaczył - jak stara. No, może być o piętnaście centymetrów wyższa.

Obmierzyli starego Jezusa ze wszystkich stron, pojechali do zaprzyjaźnionej hurtowni i znaleźli taką figurkę za nieco ponad dwieście złotych. Czyli za pięć razy mniej, niż chciał proboszcz. Ale nie byli skąpi. Uzbierali całe tysiąc sto i za resztę kupili: trybularz mosiężny, łódkę z łyżeczką, suszone płatki kwiatów, słowem wszystkie utensylia do okadzania. Poza tym dzwonek dla ministrantów, komplet bielizny kielichowej i dwa obrusy.

Wioletta: - Proboszcz zobaczył figurkę i powiedział: Jak to? W czerwonych szatach? Przecież taką sobie ksiądz życzył - mówimy - taką samą jak stara. Nie, on chce w białych. Podobno nastała moda na białe szaty. Było późno, środa, pięć dni do komunii, ale udało się wymienić figurkę.

Odtąd nowiusieńki Jezus z otwartymi ramionami, jak ten stary, tyle że w modniejszej szacie, stał w kościele i czekał na niedzielną uroczystość. Wioletta nie pamięta, by proboszcz miał jakieś pretensje do białego Jezusa.

Afera wybuchła o obrazki komunijne. Niedziela rano, ludzie u fryzjerów, przy żelazkach, w gorączce ostatnich przygotowań, a proboszcz powiedział, że poświęci same ramki. - Obrazki kazał oddać do utylizacji i wydrukować nowe, bo pieczątka przysłania jego nazwisko - mówi Wioletta.

- Całą mszę był nadąsany, nie uśmiechał się. Dzieci pierwszy raz przyjmowały Pana Boga, a on stroił fochy jak panienka - wspomina.

Po eucharystii biały Jezus został wniesiony przez dzieci na ołtarz razem z innymi darami, jak każe tradycja. Chłopcu, który niósł figurkę, pomagał ojciec. Dziecko nie dałoby rady, taka była nieporęczna. 90 centymetrów wysokości, szeroko rozstawione ręce, do tego opakowana w folię.

© Fornito da TVN24

Na koniec proboszcz pokropił ramki, lecz woda święcona skapnęła także na szybki, więc także jakby na chronione szybką obrazki i rodzice uznali, że nie trzeba ich wymieniać. A za tydzień, w niedzielę, wedle zwyczaju powinna zostać wyświęcona figurka, by potem czekać w zakrystii na wystawienie w dzień rezurekcji. Ale nie było już żadnego święcenia. Jezus znikł.

- Dostaliśmy telefon z hurtowni, że proboszcz chciał naszą figurkę zwrócić i że przyjęli ją w komis - opowiada Wioletta.

Pechowo dla księdza była to ta sama hurtownia dewocjonaliów, w której pracują znajomi łobodnian.

Pobiegli do proboszcza. - Gdzie jest figurka? - pytamy. Czemu ksiądz chciał ją sprzedać? - wspomina Wioletta. - W końcu się przyznał, że ją oddał, bo nie pasowała do kościoła. Twarz Jezusa mu nie pasowała.

Następnego dnia rano pojechali na skargę do biskupa do Częstochowy i proboszcz zaraz po tej ich wizycie odebrał Jezusa z komisu. Ale ludzi z Łobodna już nie udobruchał. Poszli do dziennikarza. Jest ich sąsiadem.

Dziennikarz

Sebastian Zielonka ma lat 29 i jest dużo młodszy od proboszcza. Ale żyje w Łobodnie od urodzenia i jego ojciec też się tutaj urodził, a proboszcz rządził parafią dopiero osiem lat.

Cała rodzina Zielonków zajmuje się wykańczaniem wnętrz. Sebastian poszedł na dziennikarstwo, bo marzył o tym od dziecka. W tygodniu szedł na budowę, by zarobić na studia, a w weekendy jeździł do Katowic na uniwersytet. Potem odrabiał staże w redakcjach kilka lat za darmo, aż w końcu założył z przyjacielem portal miejska.info.pl, bo ma ambicje pisać także o Częstochowie. Na razie pisze o swojej ukochanej wsi i okolicach.

Mówi, że dzięki własnemu portalowi jest niezależny. Wierzący, praktykujący. Najpierw napisał o pogrzebach.

Zanim rozpętała się afera z figurką Jezusa, sąsiadkę Sebastiana spotkała wyjątkowa tragedia. W jednym tygodniu zmarli jej brat i matka. - Za pierwszy pogrzeb rodzina musiała zapłacić tysiąc czterysta, na drugi ksiądz dał upust: sto złotych - opowiada dziennikarz. Podczas gdy w Częstochowie regularna stawka to osiemset.

Poszedł zapytać księdza o tę różnicę. - Pogroził mi, że wyczyta moje nazwisko z ambony, a potem zadzwonił do mojej mamy, że pisząc o takich sprawach, syn kariery dziennikarskiej nie zrobi - wspomina.

- Będą nas wytykać - mama ostrzegała Sebastiana.

- Gratulujemy syna - mówili jej potem w sklepie. - Słusznie napisał, szacunek. Napisał to, o czym wszyscy wiedzieli, ale bali się mówić.

Sebastian uważa, że artykuł o pogrzebach wyzwolił w łobodnianach odwagę. Rodzicie dzieci komunijnych przyszli do niego w siódemkę. Włączył dyktafon, tak jak go uczyli, zanotował nazwiska do wiadomości redakcji i dla zachowania dziennikarskiej rzetelności zadzwonił potem do proboszcza. - Tym razem ksiądz rzucił słuchawką - mówi Sebastian.

Za artykuł o figurce też go jeszcze będą we wsi chwalić. Dopiero jak napisze o wyprowadzce proboszcza i rzuconej przez niego klątwie, a sprawa rozniesie się po całej Polsce i do Łobodna ściągną ogólnopolskie media, ludzie zaczną mówić: coś ty narobił, Sebastian?

Kurenda

"Domagamy się usunięcia w trybie natychmiastowym proboszcza tutejszej parafii, którego zachowanie w ostatnim czasie w sposób rażący odbiega od jakichkolwiek kanonów obowiązujących kapłana pełniącego funkcje proboszcza. Zamiast zachęcać do uczestniczenia w życiu parafii, odpycha wiernych od Kościoła" - czytam w liście rodziców komunijnych do kurii w Częstochowie.

- Na początku kadencji proboszcza na sumie ludzie musieli stać. W ostatnich latach można było zawsze znaleźć miejsce siedzące - wspomina Piotr z Łobodna, blisko związany z parafią.

- Zaczęli jeździć na msze do sąsiednich parafii - mówi Wioletta.

”Handel figurką Jezusa” nazwali w liście "incydentem, który tylko przelał czarę goryczy”. Natomiast "wisienką na torcie" była "pani Maria, współlokatorka księdza proboszcza, jego rzekoma gospodyni i siostra, która jest osobą wulgarną i odpychającą, wtrącającą się w sposób widoczny w życie parafii oraz mającą ogromny wpływ na wszelkie decyzje podejmowane przez księdza".

- Jak proboszcz jechał na pogrzeb swojego rodzica, pani Maria została na plebanii. Córka by nie pojechała? - pyta Wioletta. Wyjaśnia, jak zaczęli się domyślać, że to nie może być siostra proboszcza.

Nade wszystko nie lubili pani Marii za to, że im dyrygowała, jak układać kwiaty w kościele. Nie po to za własne pieniądze wynajęli na komunię dekoratorkę wnętrz, by jakaś gospodyni dorzucała im swoje trzy grosze do wystroju.

- Ona sterowała księdzem, tak nam się wydaje, była prowodyrem - twierdzi Wioletta. - Stawiał ludzi przed faktem dokonanym, kupował na przykład obraz, przywoził i kazał się na niego zbierać. Ksiądz zarządza pieniędzmi parafii, ale nie może sam decydować o wydatkach. To jest nasz kościół, otworzyli go na moją komunię, a moi rodzice składali się na budowę.

Powiedzieli biskupowi: zbierzemy podpisy, kto za, kto przeciw proboszczowi. - Biskup odradzał. Nie róbmy wyborów, mówił, ale ludzie chcieli - wspomina Wioletta. - Zbieraliśmy przez kurendę. Lista krążyła od domu do domu i na koniec miała być złożona w umówionym miejscu. Nigdy tam nie dotarła. Jestem pewna, że ktoś oddał ją proboszczowi, bo on napomykał w rozmowach, że wie, kto jest za jego przeniesieniem. Jest we wsi grupa, która do końca pozostała mu wierna.

"Grupa wybrańców z grubymi portfelami" - tak nazywani są w liście do kurii zwolennicy proboszcza.

Przeciwnicy stawili się w kurii kilka razy, a to na kolędę biskupa zaprosić, a to za inną sprawą i przy okazji ponaglali, co dalej z naszym księdzem. - Dajcie mu szansę, każdemu się należy, słyszeliśmy. To nie takie proste przenieść proboszcza, mówił biskup – wspomina Wioletta.

Aż minął rok od pamiętnej komunii. Znowu był maj, nowy rocznik komunijny, na dar ołtarza kropidło z kociołkiem, też nie gotówka i przyszedł czerwiec 2018. Po wsi rozeszła się fama, że dni proboszcza w Łobodnie są policzone. Pod plebanię zaczęły zjeżdżać auta dostawcze.

Stół

© Fornito da TVN24

Sebastian jedno takie auto sfotografował i zamieścił na swoim portalu. - Proboszcz nawet nie odpowiedział na moje "niech będzie pochwalony”, a jeden z jego zwolenników, którzy pomagali mu w przeprowadzce, doskoczył do mnie, że mam wyjść, bo zadzwoni na policję i rzucił za mną: "szmatławiec".

Mieszkańcy donieśli dziennikarzowi, że to wtedy z plebanii zniknął stół.

- Był stół. Duży, dębowy, zostawiony jeszcze przez poprzedniego proboszcza, no a później tego stołu nie było. Nie było stołu, nie było krzeseł - opowiada sołtys Łobodna Barbara Ziętal.

Mebel może bez wartości materialnej, ale wykonany przez stolarza stąd, z Łobodna, jeszcze za poprzedniego proboszcza. Stał w jadalni, dla gości.

- Tam mieszka człowiek - wskazali mi ludzie w Łobodnie - który dyżurował na plebanii, żeby proboszcz nie wywiózł chociaż kielichów i szat.

Nie byle kto - członek rady parafialnej. Nie zgodził się porozmawiać. - Nie chcemy rozgłosu - powiedział - to tylko szkodzi naszej wierze.

W piątek proboszcz wyklął swoich oponentów, a w niedzielę jego następca, wydelegowany do Łobodna z Małusów Wielkich, z drugiej strony Częstochowy, zaprosił parafian na plebanię.

- Przyjdźcie obejrzeć, jak wygląda plebania po odejściu poprzedniego proboszcza. Na każdej mszy tak zapraszał - mówi Wioletta.

- Gołe ściany zostawił - napisał na swoim portalu Sebastian, cytując jednego z parafian. - Nawet karnisze pościągał.

Piotr: Wykręcił umywalkę, same krany zostawił. Plebania wyglądała tragicznie, jak pustostan, jakby długo tam nikt nie mieszkał i nie sprzątał.

Klątwa

W drugą swoją niedzielę w Łobodnie nowy proboszcz zapowiedział na mszy, że za tydzień do wsi przyjedzie biskup i dokona aktu zniesienia klątwy, nałożonej przez poprzedniego proboszcza. Mama Sebastiana słyszała to na własne uszy.

- Byłem na tej mszy. Biskup kilkakrotnie przeprosił mieszkańców za byłego proboszcza i zaznaczył, że modlitwy o złych intencjach nie zostają wysłuchane. Dokonał jednak tego aktu, odmówił odpowiednie modlitwy - podkreśla Sebastian.

- Ludzie sami o to prosili nowego proboszcza - mówi sołtys Barbara Ziętal. - Było wzruszenie, gdy biskup nas przepraszał i zdejmował klątwę. Aż trudno to opisać. Niejednemu łza się w oku zakręciła. Mnie samej również.

Rzecznik Archidiecezji Częstochowskiej ksiądz Mariusz Bakalarz wyjaśnił tymczasem, że wizyta biskupa "była związana z przewidzianym przez prawo kanoniczne wprowadzeniem w urząd nowego proboszcza". - Podczas uroczystości miała miejsce modlitwa i zawierzenie Bogu całej parafii oraz jej nowego proboszcza. Ksiądz biskup uspokajał zaniepokojonych wiernych, iż żadne modlitwy w niewłaściwych intencjach nie mogą być przez Boga wysłuchane - poinformował rzecznik.

- Nie było też żadnej klątwy - przekonuje rzecznik. - Słowa, które padły z ust księdza na zakończenie jego posługi w tejże parafii, nie mogą być w żadnej mierze nazwane "klątwą". Były skądinąd niestosowne, ale wynikały z rozgoryczenia sporami z grupą parafian - uważa ksiądz Bakalarz.

Ekskomunika bowiem w prawie kanonicznym, jak wyjaśnia ksiądz, to kara poprawcza za szczególnie poważne przestępstwa, którą może nałożyć jedynie ordynariusz miejsca. - Nie wolno jednak w żadnym przypadku nazywać przedmiotowej sytuacji "klątwą" ani "ekskomuniką" - kończy rzecznik.

- Ja już bym chciała, żeby to się skończyło, żebyśmy zaczęli normalnie żyć - mówi sołtys.

- Jak to, to jeszcze się nie skończyło? - pytam.

- W świadomości ludzi cały czas to jest, że zadziało się źle. Nie była to łatwa decyzja: stanąć przeciwko księdzu. Mieszkańcy zostali do tego zmuszeni. Walczyli o dobro kościoła, ale to jest na drugim planie. Jak to bywa w takich sytuacjach, byli przeciwnicy księdza i zwolennicy. Ludzie się podzielili. Nie powinno tak być, powinniśmy dążyć do jedności. Nie służy to niczemu dobremu, nie buduje. Dawnemu proboszczowi życzymy jak najlepiej, a nowy proboszcz dąży do rozmowy z mieszkańcami, z radą parafialną, ze mną jako sołtysem. Myślę, że kuria wszystko wyjaśni i przekaże ostateczne wnioski mieszkańcom na mszy, może nawet na piśmie. Mam taką cichą nadzieję - odpowiada Barbara Ziętal.

Kara

O młodej gospodyni proboszcza z Gręboszowa pod Tarnowem ludzie mówili gorzej niż o pani Marii z Łobodna. Twierdzili, że dziewczyna ma dzieci z proboszczem i dlatego we wsi panuje susza. Proboszcz twierdził, że susza jest przez ich grzechy, ale jego gospodyni się przejęła. Postanowiła poświęcić siebie i dzieci. Ostatecznie zabiła tylko dzieci, ale została zamordowana przez mieszkańców Gręboszowa. Niby ze strachu, że inaczej ona podpali wieś. I wtedy na Gręboszów spadł wyczekiwany deszcz. A proboszcz nie poniósł żadnej kary.

Chociaż to tylko bajka, bardzo stary dramat Stanisława Wyspiańskiego pod tytułem "Klątwa", to gdy został wystawiony w warszawskim Teatrze Powszechnym w lutym 2017 roku, czyli na trzy miesiące przed oddaniem w komis figurki Jezusa z Łobodna, zaraz po premierze Episkopat Polski wydał taki komunikat:

"Podczas spektaklu dokonuje się publiczna profanacja krzyża, przez co ranione są uczucia religijne chrześcijan, dla których krzyż jest świętością".

Dla ludzi z Łobodna tak samo święta jest ich figurka Jezusa Zmartwychwstałego. Dzieci komunijne rocznik 2017 będą patrzeć na nią co roku i przypominać sobie tamten ważny dzień.

- Czy ktoś byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że prezent, który komuś ofiarował, tamten ktoś sprzedał? Mnie by to bardzo zabolało. A ta figurka to był szczególny prezent - podkreśla sołtys Barbara Ziętal.

Wioletta dotąd nie może pojąć, dlaczego proboszcz oddał Jezusa, a nie na przykład trybularz, który  był dużo droższy. - Co nim kierowało? - pyta siebie matka komunijna.

- A po odebraniu figurki z komisu kazał przemalować Jezusowi twarz - dodaje Piotr.

Faktycznie, po zdjęciach widać, że Jezus ma obfitszy zarost.

© Fornito da TVN24

Ale w sprawie Jezusa z Łobodna nie było komunikatu Kościoła. Do sztuki odniosły się natychmiast najwyższe władze kościelne. Do prawdziwego dramatu nie odniosła się nawet kuria. Rzecznik Archidiecezji Częstochowskiej ponad rok po wydarzeniach w Łobodnie odpowiada na moje pytania, że "kwestia zachowania księdza oraz sporu co do przekazanego majątku parafialnego jest wyjaśniana".

Musi być wyjaśniona, ponieważ - jak dodaje ksiądz Bakalarz - "nieruchomości, dobra ruchome oraz pieniądze przekazane na rzecz parafii są jej własnością, a proboszcz jest zarządcą majątku parafialnego".

Chciałam zapytać o figurkę, stół i klątwę samego proboszcza, ale wyjrzał tylko na chwilę z balkonu nowej parafii w Małusach Wielkich i rzucił: - Proszę o zgodę z kurii metropolitarnej, ja już nie jestem proboszczem w Łobodnie.

© Fornito da TVN24

Nie dostałam takiej zgody.

Na razie wyjaśniono, że proboszcz został przeniesiony, bo tak chciał.

- Pracował w parafii, w której istniały pewne napięcia pomiędzy nim a grupą parafian - informuje ksiądz Bakalarz. - Przedstawiane wcześniej skargi były badane, jednakże cześć parafian przedstawiała przeciwne informacje. Trudności w relacjach były powodem złożenia przez księdza prośby o zmianę placówki.​

Jan Guz, przewodniczący OPZZ Następny artykuł

Nie żyje Jan Guz. Przewodniczący OPZZ miał 63 lata

Reklama
Reklama

Więcej od dostawcy TVN24

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon