Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Broń „A” w Polsce. Tak wyglądały plany armageddonu w Europie

Logo SuperHistoria.pl SuperHistoria.pl 2020-06-06 Redakcja superHISTORIA/Lech Kowalski
Sowiecka rakieta RSD-10 na samobieżnej wyrzutni. Rysunek amerykańskiego Departamentu Obrony. © Wikimedia Commons / Edward L. Cooper Sowiecka rakieta RSD-10 na samobieżnej wyrzutni. Rysunek amerykańskiego Departamentu Obrony.

Sowieci zgromadzili na terenie PRL 168 ładunków nuklearnych, z tego 90 proc. było większej mocy od tych, które zostały zrzucone na Nagasaki i Hiroszimę. Miały one utorować Sowietom drogę do wolnego zachodniego świata w celu jego ujarzmienia.

W oddziale WSW w Poznaniu odbyła się 14 lipca 1972 r. narada na temat współdziałania w zakresie kontrwywiadowczej ochrony obiektów specjalnych Armii Sowieckiej na terenie PRL. Sowietów reprezentowali: szef Wydziału II Oddziału Specjalnego KGB Północnej Grupy Wojsk Sowieckich w Legnicy – ppłk Iwan Szmilow i oficer tego oddziału ‒ mjr Konstanty Szaro. Ze strony polskiej udział w spotkaniu wzięli: szef Oddziału I Zarządu II Szefostwa WSW – płk B. Brodniewicz, szef Oddziału II Zarządu WSW POW – ppłk M. Wichrzyński, szef Oddziału II Zarządu WSW ŚOW – ppłk M. Kowalski, szef Oddziału WSW Poznań – ppłk K. Zieliński, starszy pomocnik szefa Oddziału I Zarządu II Szefostwa WSW – ppłk S. Dębski i zastępca szefa Wydziału I Oddziału WSW Poznań – mjr L. Lewicki.

Chociaż delegacja WSW była trzykrotnie liczniejsza, to nie ona nadawała ton spotkaniu. Przedstawiciele rodzimej bezpieki wojskowej mieli jedynie wysłuchać tego, co chcieli im przekazać Sowieci, i przystąpić do realizacji poleconych im zadań.

Polacy budują, Sowieci nie płacą

Po krwawo stłumionym buncie robotniczym na Wybrzeżu – w grudniu 1970 r. ‒ przez wydzielone jednostki LWP i siły milicyjno-esbeckie MSW Sowieci dmuchali na zimne, ponownie przystępując do przeglądu stanu zabezpieczenia swoich włości w granicach Polski. Po raz pierwszy od czasu podpisania umowy polsko-sowieckiej z 25 lutego 1967 r. ‒ o wybudowaniu na terenie Polski silosów atomowych – dwa z nich (Podborsko i Brzeżnica-Kolonia) znalazły się w rejonach wrzenia społecznego, jakie wówczas ogarnęło całe Wybrzeże, co Sowietów bardzo zaniepokoiło. Stąd przedmiotem wspomnianego spotkania były przede wszystkim: Obiekt Nr „3001” w rejonie Białogardu (w okolicach wsi Podborsko), kontrwywiadowczo zabezpieczany przez kpt. Jegorowa, maskowany jako składnica artyleryjska, oraz Obiekt Nr „3002” koło Wałcza (w rejonie wsi Brzeżnica-Kolonia) zabezpieczany przez starszego lejtnanta Krawieca, maskowany jako jednostka pancerna.

© Dostarczane przez SuperHistoria.pl

Poza rejonem wrzenia znajdował się Obiekt Nr „3003” koło Zielonej Góry (w rejonie wsi Templewo) zabezpieczany przez starszego lejtnanta Mizyha, maskowany jako jednostka lotnicza.

Wspomniane obiekty zostały wybudowane w latach 1967‒1969 siłami trzech pułków inżynieryjno-budowlanych ‒ z Gdyni, z Piły i ze Szczecina ‒ oraz pułku budownictwa łączności ze Zgierza. Władze PRL wyasygnowały na ten cel przeszło 180 mln zł, Sowieci ani grosza. Nasze jednostki budowlane wymieniłem nie bez przyczyny. Zanim przystąpiły do zleconych im prac, całe stany osobowe były powielekroć sprawdzane przez PRL-owską i sowiecką bezpiekę wojskową, trwała nieustająca selekcja, prześwietlano do pokoleń. Wznosząc silosy jądrowe, budowlańcy wojskowi nie byli wtajemniczani, co faktycznie budują, wmawiano im, że magazyny i składy wojskowe. Od tego momentu mogli zapomnieć, jak wyglądają wyjazdy poza granice PRL, chociażby na wakacje do bratnich demoludów, nie wspominając o Zachodzie. Organa WSW dysponowały pełnymi składami załóg wznoszącymi te budowle i pilnowały każdego z osobna. W razie awarii i planowanych remontów sięgano po te same pułki budowlane, które wystawiały doraźne grupy remontowe. Każdorazowo towarzyszył im oficer WSW, który pozostawał w stałym kontakcie z sowieckimi kagebistami odpowiedzialnymi za konkretny silos atomowy.

Dzisiaj już wiemy, że Sowieci zgromadzili na terenie PRL 168 ładunków nuklearnych, z tego 90 proc. było większej mocy od tych, które zostały zrzucone na Nagasaki i Hiroszimę. Miały one utorować Sowietom drogę do wolnego zachodniego świata w celu jego ujarzmienia. Czekano tylko na odpowiedni moment, na szczęście nie nadszedł.

Czytaj także:

Bomba atomowa nad Sowietami

KGB wygania myśliwych

Wróćmy zatem do wspomnianego spotkania. W zaistniałych okolicznościach Sowieci zażyczyli sobie wzmożonej ochrony silosów przez PRL-owską bezpiekę wojskową, a że w całości była ona spenetrowana przez KGB i na kierowniczych stanowiskach w WSW tkwili nadal dawni wychowankowie stalinowskiej zbrodniczej Informacji Wojskowej (Cz. Kiszczak, E. Poradko, E. Buła), to życzenie stało się rozkazem. Nie dowierzając jednak polskim czekistom, Sowieci wyznaczyli ze swojej strony stosownego nadzorcę, którym został szef KGB z Bornego Sulinowa płk Pankratow, który miał mieć szczególne baczenie na obiekty „3001” i „3002”.

Oprócz kija pokazali im też kawałek marchewki, chwaląc PRL-owskich bezpieczniaków wojskowych za szybkie powiadamianie przełożonych z KGB o pojawiających się dyplomatach z państw zachodnich w obrębie jednostek sowieckich stacjonujących w PRL. Niemniej zażyczyli sobie przy okazji zbiorczych sprawozdań na ten temat, co było niczym innym jak podwójnym testem na prawdomówność. A niechby coś się nie zgadzało!

Jednocześnie postanowili poszerzyć sferę swych wpływów na najbliższe otoczenie w rejonach wspomnianych silosów atomowych, co oznaczało, że od tej pory mieli w towarzystwie oficerów WSW brać czynny udział w rozpracowywaniu mieszkańców najbliższych wiosek i miasteczek.

I tak krok po kroku życzenia sowieckie stawały się prawem. W pewnym momencie okazało się, że przeszkadzało im również w rejonie obiektu „3001” istnienie cywilnego obwodu myśliwskiego z Białogardu, stąd zażyczyli sobie, żeby ten obwód przejęło wojskowe koło myśliwskie. Podejrzewali bowiem, że cywilni myśliwi mogliby sprowadzić na polowania „leśnych dziadków z dubeltówkami” z krajów kapitalistycznych. W tej sytuacji PRL-owscy czekiści od razu pospieszyli z informacją, że nie tylko przegonią myśliwych z Białogardu z tej okolicy, ale także, że nie zezwolą na powstanie w tym rejonie wojskowego koła myśliwskiego. Od tej pory prawo wstępu do sowieckiej zony miało mieć jedynie trzech upoważnionych pracowników polskiej służby leśnej, odpowiedzialnych za gospodarkę zwierzyną leśną. Taką odpowiedź strona sowiecka uzyskała już w dniu 16 listopada 1972 r. Co za pośpiech! Wystarczyło kilka miesięcy i po myśliwych z Białogardu nie było śladu w okolicy.

Czytaj także:

Żukow – najgorszy dowódca II wojny

W kontekście tych problemów Sowietów zaniepokoiło coś jeszcze, a mianowicie nieutrzymywanie w tajemnicy – przemieszczających się przez PRL ‒ transportów wojskowych z ZSRS. Skrytykowali więc stosowany w Polskich Kolejach Państwowych sposób oznakowywania wagonów, który – ich zdaniem – mógłby doprowadzić do pełnej dekonspiracji między innymi położenia wspomnianych silosów atomowych. W te pędy PRL-owscy czekiści wojskowi rzucili się sprawdzać, czy aby tak jest. Zaangażowano w to dochodzenie Służby Komunikacji Wojskowej MON i stwierdzono, iż system znakowania nalepkami wagonów z sowieckim sprzętem wojskowym jest właściwy i nie stwarza przesłanek do dekonspiracji. Takie stanowisko aż dziwi, gdyż najczęściej bywało tak, że przyznawano rację Sowietom, następnie typowano kozły ofiarne, które karano. I było pozamiatane. Taki stan rzeczy trwał niemal po kres PRL.

Trzy dziury w ziemi

Aż stało się, padł system „importowanej sowieckiej szczęśliwości” nad Wisłą i było trzeba coś zrobić z wymienionymi trzema dziurami w ziemi. Stąd zapadła decyzja wyprowadzenia z terytorium Polski sowieckich baz rakietowo-technicznych oraz zakończenia „czasowej eksploatacji” obiektów „3001” oraz „3002” i „3003”. Brzmiało to tak, jakby mieli tu jeszcze kiedyś wrócić. Powołano komisję na szczeblu Zarządu I Sztabu Generalnego WP, która wespół z szefostwem WSW i sowieckim Sztabem Generalnym dokonała – między 6 a 10 sierpnia 1990 r. – oględzin przekazywanych sowieckich zon atomowych. Zadaniem komisji było dokonanie oceny stanu technicznego oraz stopnia zużycia obiektów, a także określenie dalszego ich wykorzystywania. Z oceny komisji wynikało, że część techniczna obiektów była na poziomie bardzo dobrym i nadawała się do dalszej eksploatacji.

Czytaj także:

Mudżahedini znad Wisły. Polacy przeciw Sowietom w Afganistanie

Natomiast – jak to bywało także w pozostałych sowieckich garnizonach – cała infrastruktura wraz z budynkami mieszkalnymi wymagała generalnego remontu. Ustalenia te miały stanowić podstawę do rozliczeń ze stroną sowiecką. Nie dość, że to strona polska wyłożyła na całość tych przedsięwzięć ponad 180 mln zł, to jeszcze teraz Sowieci rościli sobie jakieś pretensje finansowe za pozostawiane mienie.

Po przejęciu pełnych trzech kompleksów atomowych zaczęto się zastanawiać po stronie polskiej, co z tym fantem uczynić. Sowieci zabrali ze sobą wszystkie piguły atomowe, a pozostawili puste bloki garnizonowe. W końcu postanowiono, że w tych miejscach powstaną: na dawnym obiekcie „3001” – Podstawowe Stanowisko Dowodzenia Pomorskiego Okręgu Wojskowego do kierowania obroną Wybrzeża RP; na „3302” – Zapasowe Miejsce Pracy POW lub Stanowisko Dowodzenia Armii, Korpusu albo Zapasowe Stanowisko Dowodzenia Armii, Korpusu; na „3003” – Zapasowe Stanowisko Armii lub stałe obozowisko zgrupowań rozpoznawczych albo koszary Ośrodka Szkolenia Poligonowego Wojsk Lądowych. Miejsca te miały być jednocześnie włączone do ochrony kontrwywiadowczej jako obiekty I grupy pod względem zagrożenia wywiadowczego. Jednocześnie komisja poleciła przeprowadzenie sprawdzenia radiokontrwywiadowczego w pomieszczeniach sztabowych i części technicznej zdawanych obiektów, gdyż obawiano się napromieniowania.

Tym sposobem strona polska przejęła między innymi schrony specjalne, budynki koszarowo-służbowe i mieszkalne oraz socjalno-kulturalne, komunalne, jak również składy, magazyny, budynki garażowe, techniczne i gospodarcze wyposażenie. Protokół przekazania sporządzono w językach rosyjskim i polskim, w dwóch egzemplarzach każdy. W imieniu rządu ZSRS podpisał go marszałek W. Jazow, a za rządu RP minister obrony narodowej adm. Piotr Kołodziejczyk. Co z tym uczyniono dalej? Aby się tego dowiedzieć, najlepiej zajrzeć do Internetu, gdzie obraz nędzy i rozpaczy przeplata się z gorzką ironią. Istniejący stan zapaści budzi trwogę.

Reklama
Reklama

Więcej od SuperHistoria.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon