Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Ocalona z Wołynia: Ukrainiec pożałował na mnie naboju

Logo Rzeczpospolita Rzeczpospolita 2018-12-12 Anna Herbich
Rozalia Wielosz © Rzeczpospolita Rozalia Wielosz

„Jeden z Ukraińców powiedział, patrząc na mnie: – Szkoda naboju. Ona już i tak nie żyje" – opowiada Polka, która przetrwała rzeź wołyńską. Takich relacji o cudownym ocaleniu jest więcej.

Rozalia Wielosz płacze, opowiadając o wydarzeniach sprzed 75 lat. Choć minęło tyle czasu, wspomnienia z Wołynia stanowią krwawiącą ranę. Ten dzień, gdy do jej miejscowości Teresin w gminie Werba wdarła się ukraińska bojówka, pamięta z najdrobniejszymi szczegółami.

„Mama tuliła do piersi wyrwaną ze snu siostrzyczkę – opowiada. – Janinka okropnie płakała. Pewnie wyczuwała, że rodzice się boją, że zaraz stanie się coś potwornego. Dzieci – nawet malutkie – takie rzeczy wiedzą.

Nie czekaliśmy długo. Niebawem przyszli pod nasze okna. Zaczęli krzyczeć, dobijać się. Rąbać drzwi siekierami. Przerażenie, panika, groza. Co robić!? Gdzie się skryć!?".

Wraz z małym braciszkiem Edziem Rozalia czmychnęła do piwnicy. Ukraińcy tymczasem z wrzaskiem wdarli się do domu. Domownicy byli bez szans – rozpoczął się krwawy mord. Siedzące w piwnicy dzieci zamarły w przerażeniu.

„Z góry dochodziły do nas odgłosy szarpaniny i uderzeń – relacjonuje łamiącym się głosem pani Rozalia. – A potem rozległ się przeszywający, rozdzierający krzyk mojej mamy. Do dzisiaj ten krzyk dźwięczy mi w uszach.

Moja siostrzyczka Janinka zaczęła jeszcze bardziej płakać. Domyślałam się, że Ukraińcy musieli ją wydrzeć z objęć mamy. A mamę zaczęli mordować. Krzyknęła tylko:

– Jestem matką, kobietą, darujcie mi życie!".

W tym miejscu pani Rozalia przerywa opowieść. Wzdycha ciężko, wpatrując się w okno. Stara się zatamować łzy, które teraz zalewają jej twarz. Dopiero po kilku minutach zaczyna znowu mówić:

„Wydawałoby się, że mama z małym dzieckiem na ręku jest nietykalna. Że każdemu chrześcijaninowi kojarzy się z Maryją z dzieciątkiem Jezus na ręku.

Ukraińscy nacjonaliści byli jednak w morderczym szale. Nie było dla nich żadnych świętości. Nie mieli żadnych hamulców i żadnych skrupułów.

Łuuuup...

Łuuuup...

Łuuuup...

Kilka uderzeń siekierą. Dźwięk jakby ktoś rąbał drewno. A to była rąbana moja mama.

A potem rozległo się ciche rzężenie konającej.

Janinka krzyczała zaś rozdzierająco:

– Lula! Lula! Lula!

W swoich ostatnich chwilach życia wzywała mnie, swoją siostrę.

A ja siedziałam w ciemnej piwnicy. Skulona, sparaliżowana ze strachu. Jezus Maria... Jak trudno to wszystko oddać w słowach...".

Najtrudniej wybaczyć banderowcom właśnie to – że zamordowali jej młodszą siostrzyczkę. Dzieciątko. Janinka miała zaledwie półtora roku.

Z pogromu ocalała tylko Rozalia. Kiedy Ukraińcy zamordowali siostrzyczkę i rodziców, jeden z nich stanął w wejściu do piwnicy i zaczął krzyczeć, żeby osoby ukrywające się w niej wyszły na górę. Braciszek wstał i poszedł w stronę światła. Gdy stanął obok upowca – od razu otrzymał cios siekierą w głowę.

Rozalia zrozumiała, że teraz jej kolej. Ale wówczas upowiec sobie poszedł. Najwyraźniej myślał, że w piwnicy schowało się tylko jedno dziecko.

„Ostrożnie wyszłam na górę – wspomina ocalała. – Domu nie poznałam. W ciągu kilku godzin został dokumentnie zdewastowany. Szyby w oknach powybijane, bryzgi krwi na bielonych ścianach. Na podłodze walały się wyrzucone z szafek ubrania, pamiątki rodzinne, zdjęcia. Wszystko podeptane, zniszczone. Zbrukane. A pośrodku czarny różaniec mojej mamy. Podniosłam go z podłogi, ostrożnie zawiesiłam na szyję. I wyskoczyłam przez okno".

Rozalia długo tułała się po wsi. W końcu dostrzegli ją Ukraińcy. Stał się jednak cud. Nie zabili jej. Doszli do wniosku, że skoro przeżyła, to widocznie tak ma być. Przygarnęła ją do siebie żona sołtysa. Ukrainka. Traktowała ją fatalnie, ale mała Rozalia i tak była jej wdzięczna. Pozwoliła jej bowiem żyć.

Kiedy po wojnie przyjechał po nią stryj, Rozalia nie chciała z nim iść. Nie chciała opuścić ukraińskiego domu. Zapomniała już nawet, jak mówi się po polsku, i tylko powtarzała:

– Ciotko, ja nie pujdu!

W końcu jednak poszła. Zamieszkała na Rzeszowszczyźnie, gdzie stryj objął gospodarstwo po Ukraińcach wysiedlonych w ramach akcji „Wisła". Nauczyciele Rozalii narzekali, że cały czas wtrąca ukraińskie słowa i wyrażenia, że zaciąga w specyficzny, wschodni sposób.

Rozalia skończyła w Zamościu studium nauczycielskie. Całe życie pracowała w szkole w Nabroży 20 kilometrów od Wołynia...

Na Wołyń wróciła w 1996 roku. Pojechała tam razem z innymi ocalałymi z rzezi. Rok później postawiła w rodzinnym Teresinie ośmiometrowy krzyż upamiętniający pomordowanych Polaków, w tym jej rodzinę. Teresin, tak jak większość polskich wsi na Wołyniu, został zrównany z ziemią. Tam, gdzie kiedyś były domy, rośnie dziś las. W miejscu, gdzie stało rodzinne gospodarstwo pani Rozalii, wyrósł owocowy sad.

„Tyle po nas zostało – mówi z żalem pani Rozalia. – Drzewa i samotny krzyż".

Alfreda Magdziak przed wojną mieszkała na Wołyniu. Najpierw w Bystrakach nad Bugiem, a potem we wsi Jasiniec w powiecie Horochów. Do dzisiaj z nostalgią wspomina tamte czasy. I piękną krainę beztroskiego dzieciństwa.

„Nasz dom był drewniany, kryty strzechą – mówi. – Budowany w węgły, z grubych pali. Do sieni wchodziło się przez niewielką przybudówkę. Dalej była kuchnia. Obszerna, z masywnym piecem. Pokój – za kuchnią – był tylko jeden. Znacznie bardziej okazałe były zabudowania gospodarskie. Stajnia, obora, stodoła, kurnik. Mieliśmy ponad 12 hektarów ziemi, w tym piękne łąki, i kawałek lasu. A przy samym domu pięły się w górę rozłożyste wiśnie.

Latem chodziłyśmy z siostrami do pobliskich lasów zbierać jagody i poziomki. Jesienią – grzyby. Było tego w naszych stronach mnóstwo. Pamiętam, że podczas tych wypraw lubiłam przystanąć na chwilę, popatrzyć w dal i głęboko wciągnąć w nozdrza zapach Wołynia. Leśnych owoców, wilgotnej leśnej ściółki, polnych kwiatów i pobliskiej rzeki... Nigdy później nie czułam już nic podobnego. Mój Wołyń, moja utracona ojczyzna...".

Nie pamięta, żeby przed wojną dochodziło do jakichś napięć czy konfliktów między Polakami a Ukraińcami. Między katolikami a prawosławnymi. Wprost przeciwnie – sąsiedzkie współżycie układało się według niej harmonijnie. Ludzie sobie pomagali, odwiedzali się przy okazji świąt i innych uroczystości.

„Wszyscy żyliśmy w zgodzie i pokoju – wspomina. – Oczywiście także z naszymi sąsiadami Ukraińcami, których w Bystrakach mieszkały dwie rodziny. Zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na to, że ci ludzie są innej nacji. Chodzili sobie do cerkwi. I tylko to odróżniało ich od Polaków".

Wojna brutalnie położyła temu kres. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów dążyła do tego, aby Wołyń po wojnie znalazł się w granicach „samostijnej Ukrainy". Państwo to miało być jednak „czyste jak łza". Czyli pozbawione mniejszości narodowych, przede wszystkim Polaków. W 1943 roku rozpoczęły się mordy.

Fala zabójstw nie ominęła Jasieńca. Na oczach pani Alfredy – wówczas 17-letniej dziewczyny – rozegrała się straszliwa tragedia.

„Leżałam na ziemi – wspomina. – Na twarzy i dłoniach czułam ostre kolce świeżego ścierniska. W ustach gorzki smak piasku, duszący zapach wysuszonej słońcem ziemi. Przede mną znajdował się niewielki płotek, a za nim podwórko naszego domu.

Stał na nim mój tata i dwie moje siostry. Irka i Paulina. Wokół nich uzbrojeni mężczyźni. Część miała broń palną – karabiny, pistolety, część siekiery i noże. Ojciec próbował ich do czegoś przekonywać, prosił. Ale oni nie słuchali. Do moich uszu dolatywały tylko przekleństwa, obelgi".

Uzbrojeni upowcy tymczasem penetrowali wieś. Szukali ukrywających się Polaków. Z sąsiednich obejść dochodziły odgłosy wystrzałów i krzyki. Oprawcy na podwórko wprowadzili sąsiada Alfredy – niemowę Adamkiewicza. Dopiero gdy zebrali większą liczbę przerażonych cywilów, przystąpili do egzekucji.

„Starałam się na to nie patrzeć – mówi Alfreda Magdziak. – Z całych sił przylgnęłam do ścierniska, chciałam zapaść się pod ziemię.

Błagałam Boga, żeby to był tylko sen. Ale to nie był sen. To była rzeczywistość.

Rozpoczęła się egzekucja. Ukraińscy nacjonaliści straszliwie pastwili się nad schwytanymi. Nad moim tatą, nad moimi siostrami, nad panem Adamkiewiczem. Z ust przerażonego Adamkiewicza wydobywały się jakieś nieartykułowane, dzikie dźwięki. Dodatkowo rozsierdziło to bandytów...

Bili moich bliskich łopatą, dźgali ich widłami, kopali, okładali kolbami od karabinów...

Wszystko to wydarzyło się na moich oczach...

Proszę nie pytać mnie o szczegóły. Nie da się słowami opisać tego, co wtedy zobaczyłam. Co przeżyłam".

W 1944 roku Alfreda Magdziak wstąpiła w szeregi 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej. Przyjęła pseudonim „Irka". Tak na imię miała jej zamordowana siostra. W Dywizji służyła do końca. Pamięta ostatnią zbiórkę. Jej dowódca rozwiązał oddział i nakazał każdemu ratować się na własną rękę. Sytuacja była bardzo groźna, bo żołnierzy okrążała już Armia Czerwona. Alfredzie udało się wyrwać z matni.

Na łące stało ponad 350 osób. Niełatwo jest zgładzić taki tłum ludzi. Rozstrzeliwania trwały więc bardzo długo. Musieliśmy patrzeć na śmierć naszych sąsiadów, znajomych... Serie z broni maszynowej, krzyk mordowanych, przekleństwa katów. Sceny iście dantejskie.

Kiedy nadeszła nasza kolej, rodzice milczeli. Ja cały czas siedziałam w chuście, kurczowo wpijając się w plecy mamy... Ludzie stojący bezpośrednio przed nami zaczęli padać na ziemię, huk wystrzałów stał się ogłuszający... Kule zaczęły świstać obok nas...

Nagle niebo zawirowało mi nad głową i poczułam potężne uderzenie. Zorientowałam się, że leżę na ziemi, przygnieciona ciałem mamy. Mama miała ręce szeroko rozrzucone na boki. Nie ruszała się. Obok usłyszałam straszne jęczenie. To jęczał mój tata. Wyjrzałam spod futra mamy i zaczęłam błagać go szeptem:

– Tato, tatusiu cicho... cicho...

Prosiłam go, zaklinałam, ale on coraz bardziej jęczał. Był ciężko ranny. Wtedy usłyszeli go Ukraińcy. Jeden z nich stanął nad ojcem. Wycelował z karabinu i dobił go na moich oczach. Kula trafiła w głowę. Uchem i ustami buchnęła gęsta krew, zalewając mu całą twarz. Schowałam się głębiej pod futro mamusi".

Ta dramatyczna scena rozegrała się 12 marca 1944 roku pod miejscowością Podkamień na terenie przedwojennego województwa tarnopolskiego. W Podkamieniu znajdował się klasztor Dominikanów, w którym schroniły się tłumy uchodźców z polskich wiosek z Wołynia i Galicji Wschodniej. Uciekali przed mordującymi ludność cywilną oddziałami banderowców.

Feralnego dnia Podkamień został zaatakowany przez oddział UPA pod dowództwem Maksa Skorupśkiego wspomagany przez ukraińskich policjantów w służbie Niemców. Część oprawców przystąpiła do szturmowania klasztornych murów, reszta skierowała się w stronę pobliskich, zamieszkałych przez Polaków osad.

Przerażonych cywilów upowcy spędzili na łąkę pod Palikrowami. Tam dokonali selekcji. Ukraińcom pozwolili odejść wolno, Polaków i nieliczną grupkę Żydów postanowili rozstrzelać. W tłumie przerażonych ludzi znalazła się Józefa Bryg, wówczas zaledwie sześcioletnia dziewczynka.

Po zakończeniu masakry – historycy szacują, że zginęło w niej około 400 osób – Józefa leżała przygnieciona zwłokami matki. Jak długo? Tego nie wie. Pamięta tylko, że cały czas odmawiała w duchu „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko" i „Aniele Boży, stróżu mój...". Dopiero po dłuższym czasie odważyła się wstać.

Zobaczyła wówczas nad sobą łunę pożaru. To paliła się jej rodzinna wieś.

„Zaczęłam szarpać mamę za rękę – opowiada.

– Mamusiu, wstawaj! Musimy iść, uciekać! Wstawaj.

Do mojej świadomości nie dochodziło, że mama nie żyje. Potem dowiedziałam się, że dostała postrzał prosto w głowę, w potylicę. Ręce miała rozłożone jak na krzyżu. Pewnie w ostatniej chwili życia chciała mnie uchronić przed nadlatującą kulą.

Nagle spostrzegłam, że w kierunku pastwiska idzie dwóch mężczyzn. Szybciutko z powrotem wczołgałam się pod mamę – starałam się odtworzyć pozycję, w której wcześniej leżałam. I zamarłam. Dwaj banderowcy zaczęli strzelać do rannych. Widocznie nie tylko ja przeżyłam masakrę.

W końcu stanęli nade mną. Jeden z nich powiedział, patrząc na mnie:

– Szkoda naboju. Ona już i tak nie żyje.

I na potwierdzenie tego, kopnął mnie mocno w wystającą nogę. Ja się nie poruszyłam, a nogę spuściłam bezwładnie. To utwierdziło upowców w przekonaniu, że jestem martwa. Poszli dalej. Do dziś nie wiem, skąd w małym dziecku znalazło się tyle rozumu.

Długo tak leżałam bez ruchu. Bałam się, że mordercy znowu wrócą".

Egzekucję przeżył również starszy braciszek pani Józefy. Gdy banderowcy odeszli, razem wrócili do opuszczonego domu. Tam koczowali, żywiąc się odpadkami. Kiedy po dwóch tygodniach na Kresy wkroczyła Armia Czerwona, bolszewicy zapakowali obie sieroty na wóz i wywieźli do jakiejś odległej miejscowości. Tam rodzeństwo zostało rozdzielone.

Pani Józefa po wojnie trafiła na teren nowej, komunistycznej Polski. Zamieszkała w żeńskim klasztorze w Moszczanach. Potem przez wiele lat pracowała jako nauczycielka w Przemyślu. Przeżyła męża i syna. Tragedia, która wydarzyła się na Wołyniu 75 lat temu, odcisnęła na niej trwałe piętno.

„Nic w życiu nie zostało mi oszczędzone – opowiada. – Pan Bóg zabrał mi rodziców. Zabrał mi rodzeństwo. Zabrał mi ukochanego męża i zabrał mi jedynego syna. Moje ukochane dziecko. Czy mam o to wszystko pretensje do Boga? Czy zwątpiłam w Jego istnienie? Na początku tak. Na początku nie potrafiłam sobie tego wszystkiego wytłumaczyć, zrozumieć. Dlaczego akurat oni? Dlaczego akurat ja? Dlaczego to na nas spadły takie straszliwe nieszczęścia? Jak Bóg mógł na to wszystko pozwolić? Z wiekiem przyszła jednak pokora i zrozumienie. Nie, nie mam pretensji do Boga. To bowiem nie Bóg zadał mi te wszystkie cierpienia. Zadali mi je ludzie".

Tekst powstał na podstawie relacji bohaterek najnowszej książki Anny Herbich „Dziewczyny z Wołynia" (opublikowanej nakładem wydawnictwa Znak)

Reklama
Reklama

ZOBACZ WIĘCEJ ARTYKUŁÓW Z RZECZPOSPOLITEJ

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon