Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Zdrajcy spod Tatr

Logo Rzeczpospolita Rzeczpospolita 2018-11-29 Krzysztof Jóźwiak

© NAC

Goralenvolk to najbardziej spektakularny przykład kolaboracji Polaków z niemieckim okupantem. I choć większość górali odrzuciła ten germanizacyjny projekt, położył się on złowrogim cieniem na historii Podhala.

7 listopada 1939 r. – czarny, odkryty mercedes sunie ulicami Krakowa, które toną w morzu flag ze swastykami. Limuzyną podróżuje Hans Frank, wyznaczony przez Hitlera na generalnego gubernatora części okupowanych ziem polskich. Mijając szpalery żołnierzy Wehrmachtu i policji, kieruje się na Wawel – na ponad cztery lata dawna siedziba polskich królów stanie się bowiem kwaterą główną tego hitlerowskiego zbrodniarza. Na zamku witają go niemieccy oficerowie i urzędnicy, ale uwagę Franka zwraca przede wszystkim... delegacja podhalańskich górali, która na tle jednolicie ubranych Niemców wyróżnia się wielobarwnymi strojami. Mężczyźni zarzucili na ramię haftowane cuchy, w rękach trzymają kapelusze z muszelkami i ciupagi; kobiety założyły wielobarwne gorsety i spódnice z tybetu.

Pięcioosobowej grupie przewodzi przedstawiciel znanego góralskiego rodu, Wacław Krzeptowski, wraz z nim do Krakowa przyjechała Karolina Gąsienica-Rój, Maria Siuty-Szwab, Stefan Krzeptowski i Józef Cukier. Górale są uśmiechnięci, a ich obecność podczas powitania Hansa Franka i odświętne stroje nie są przypadkowe. Zjawili się tu z własnej woli w celu przypieczętowania zawartego nieco wcześniej sojuszu góralsko-niemieckiego. Krzeptowski wyciąga kartkę i nieco niepewnym głosem odczytuje po niemiecku peany na cześć gubernatora. Na koniec wręcza mu w prezencie złotą ciupagę. Wydarzenie szeroko komentuje prasa „gadzinowa". Polacy z oburzeniem oglądają zdjęcia przedstawiające górali kłaniających się w pas Frankowi, a wiernopoddańczą postawę Krzeptowskiego i jego towarzyszy nazywają pogardliwie „hołdem krakowskim". Szok jest tym większy, że ledwie dzień wcześniej Gestapo aresztowało profesorów krakowskich uczelni w ramach akcji znanej pod nazwą Sonderaktion Krakau.

20 stycznia 1945 r. – Wacław Krzeptowski czuje ogarniające go znużenie. Ukrywa się od wielu tygodni, jak osaczone zwierzę kluczy wśród górskich szczytów, nocuje w pasterskich szałasach. Pieniądze Komitetu Góralskiego, z którymi uciekł z Zakopanego, szybko topnieją, kurczy się także zapas świetnego tytoniu egipskiego. Zagrażają mu Niemcy, u których samowolnie porzucił służbę pod koniec 1944 r., ale największe niebezpieczeństwo grozi mu ze strony polskich partyzantów, którzy od dawna tropią go po całych Tatrach, aby wykonać wyrok śmierci wydany na niego przez Polskie Państwo Podziemne. Krzeptowski stosunkowo najlepiej dogaduje się z partyzantami sowieckimi, którzy również kręcą się po okolicy, na pewien czas przyłącza się nawet do oddziału radzieckiego komendanta Wasyla Achmedulina. Dzisiejszą noc niedoszły goralenführer zamierza jednak spędzić w chacie swojego brata Juliana na Nędzówce.

To jego rodzinne strony, czuje się tu w miarę bezpiecznie. A jednak w myślach wciąż wybrzmiewa mu złowrogie zawołanie krążące od kilku lat wśród podhalańskich górali: „Wacuś do Śwabów się prosi, będzie wisiał za cosi". Ponure rozmyślania przerywa gwałtowne pukanie do drzwi. Po chwili Krzeptowski staje przed obliczem por. Tadeusza Studzieńskiego „Kurzawy", dowódcy plutonu AK „Kurniawa" spod Babiej Góry. To on od wielu dni ściga „góralskiego księcia". Przywódcę Goralenvolku ogarnia strach, próbuje rozpaczliwie się tłumaczyć. Partyzanci prowadzą go na skraj szosy, gdzie rosną trzy dorodne smreki. Na jednym z nich czeka na Krzeptowskiego zawieszony powróz. „Kulę mi dajcie, panie poruczniku, kulę..." – prosi Studzińskiego. „Kula to śmierć honorowa. Zdrajcy na nią nie zasługują" – odpowiada twardo akowiec.

Te dwa symboliczne obrazki pokazujące haniebny początek góralskiej kolaboracji z Niemcami i ostateczny upadek jednego z jej przywódców mogłyby posłużyć jako wstęp i epilog do opowieści o Goralenvolku, niczym dwie klamry spiąć szereg skomplikowanych i pełnych niejasności wydarzeń, do których na Podhalu wraca się niechętnie. Górale wolą opowiadać o bohaterskich kurierach tatrzańskich, odważnych partyzantach, o swoich bliskich zamordowanych w katowni „Palace" i wywiezionych do Auschwitz. Niestety, jest to obraz niepełny – okupacja niemiecka pod Tatrami to także historia zdrady i zaprzaństwa, do których grupę wpływowych górali pchnęła żądza władzy, zysków i fascynacja brutalną siłą totalitarnego państwa.

© Wikipedia

Spinki i krzyżyk niespodziany

Idea odrębnego narodu góralskiego o germańskich korzeniach nie narodziła się po wkroczeniu Niemców na Podhale we wrześniu 1939 r. Jej geneza jest znacznie wcześniejsza i sięga początku lat 30. XX w. Wydumane teorie niemieckich naukowców niespodziewanie znalazły wsparcie w pracy polskiego profesora Włodzimierza Antoniewicza, który w książce „Metalowe spinki góralskie" wydanej w 1928 r. dowodził, że wspólne cechy ozdób góralskich i gockich mogły być wyłącznie wynikiem silnych wpływów germańskich. Naukowiec twierdził także, że podczas najazdu Hunów pewna część Gotów, naciskana przez wojowników groźnego Attyli, schroniła się w kotlinie tatrzańskiej i na Spiszu. Niemcy bardzo uważnie przestudiowali dzieło polskiego profesora. Idea odrębnego narodu góralskiego rozwijana była aż do wybuchu wojny, a wiele niemieckich argumentów wspierających tezę o germańskim pochodzeniu górali wygląda, jakby żywcem zaczerpnięto je z książki Antoniewicza. Badacze na usługach III Rzeszy podnosili także inne argumenty na poparcie swoich tez. Tak zwany krzyżyk niespodziany, rzezany od wieków nad drzwiami i na belkach stropów góralskich siedzib dla odpędzenia „złego", był przecież jako żywo swastyką. Symbol ten znalazł się między innymi na głazie pamiątkowym ustawionym w miejscu śmierci znanego kompozytora i znawcy Tatr Mieczysława Karłowicza. Zwracano także uwagę na niemiecko brzmiące nazwy niektórych podhalańskich miejscowości, takich jak Grywałd czy Waksmund. Na siłę doszukiwano się podobieństwa pomiędzy tyrolskim jodłowaniem a śpiewem góralskim.

Do września 1939 r. były to jedynie teorie, po upadku II RP i wkroczeniu na Podhale Niemców hitlerowscy ideolodzy mogli je w końcu wprowadzić w życie. W książce „Goralenvolk" Wojciech Szatkowski (notabene wnuk jednego z przywódców „Goralenvolku") napisał: „Niemcy od początku kierowali akcją Goralenvolku w myśl starej i wypróbowanej rzymskiej zasady: dziel i rządź. Na skutek tej celowej polityki miało dojść do podziału narodu polskiego na die Goralen – Górali, die Kaschuben – Kaszubów, die Masuren – Mazurów, die Schlonsaken – Ślązaków i na inne narody. Podział taki ułatwiłby hitlerowcom ujarzmienie, a w końcu zniszczenie i całkowite zgermanizowanie narodu polskiego zgodnie z tajnymi dyrektywami Heinricha Himmlera. Dlatego też w październiku 1939 r. Niemcy z taką energią przystąpili do tworzenia nikomu wcześniej nieznanego Goralenvolku. Grunt mieli przygotowany".

Postarali się o to, jeszcze przed wybuchem wojny, Witalis Wieder oraz Henryk Szatkowski. Wieder to tajemnicza postać, kapitan rezerwy Wojska Polskiego, komendant zakopiańskiego hufca przysposobienia wojskowego i właściciel jednej z zakopiańskich willi. Najprawdopodobniej został jeszcze przed wybuchem wojny zwerbowany przez niemiecką Abwehrę. Od tego czasu sączył germanizacyjny jad w serca nieświadomych górali. Wspomagał go w tym inny cepr, dr Henryk Szatkowski, zwany później „mózgiem akcji góralskiej". Szatkowski pochodził z Warszawy, ale przez lata wrósł w Tatry, ożenił się z góralką i został dyrektorem kolejki na Gubałówce. Był jednak zafascynowany kulturą niemiecką i wiele wskazuje, że jego germanofilskie skłonności sprawiły, że on także został jeszcze przed wrześniem 1939 r. zwerbowany przez niemiecki kontrwywiad wojskowy.

Agitacja Wiedera i Szatkowskiego padła niestety na podatny grunt. Wojciech Szatkowski w swojej książce przytacza bardzo trafną wypowiedź Walerego Goetla na temat Goralenvolku: „Ruch ten wyrósł na gruncie zepsucia moralnego i zdemoralizowania. (...) Z jednej strony byli tzw. ceprzy – Szatkowski i Wieder – inteligentni, którzy nadali temu ruchowi barwę, z drugiej strony byli górale, z których wyróżniał się Wacław Krzeptowski, bufon, który zwał się »księciem Podhala«, a którego cechą była fanatyczna chciwość". Krzeptowski pochodził z jednego z najsłynniejszych i najstarszych rodów góralskich. Przed wojną był wpływowym politykiem Stronnictwa Ludowego na Podhalu, co ciekawe flirtował także z sanacją, zapisując się do Obozu Zjednoczenia Narodowego. Krzeptowski nie wyróżniał się wielką inteligencją i wiedzą (skończył jedynie sześć klas szkoły powszechnej), ale braki w wykształceniu rekompensował sobie rozbuchanym ego, żądzą władzy i bogactwa. Idea Goralenvolku wydała mu się idealna dla realizacji jego chorych ambicji.

Krzeptowski zaczął kolaborować bardzo wcześnie, bo jeszcze w październiku 1939 r. To właśnie wtedy Wieder zorganizował dla górali wycieczkę na Jasną Górę w Częstochowie. Wyprawa miała na celu zbliżenie starszyzny góralskiej z okupantem. Bardzo ważną rolę w tym procesie odgrywał także czynnik ekonomiczny (dotyczy to zresztą wszystkich gazdów współpracujących z hitlerowcami, ponieważ kolaboracja była po prostu świetną okazją, aby napchać sobie kieszenie dutkami). Krzeptowski był osobą rozrzutną i jeszcze przed wybuchem wojny narobił sobie olbrzymich długów. Na 3 września 1939 r. komornik wyznaczył termin licytacji jego majątku. Wybuch wojny sprawił, że ostatecznie do niej nie doszło, a Niemcy za obietnicę współpracy wstrzymali egzekucję długów. Po powrocie z Częstochowy Krzeptowski był już oddanym wyznawcą idei Goralenvolku, do której przekonał także część swojej rodziny i kilku innych znanych górali, m.in. Józefa Cukra. Prawdziwe przymierze z okupantem zawarto podczas „hołdu krakowskiego".

© NAC

Meine lieben Kameraden

Niemcy początkowo przykładali do kolaboracji góralskiej dużą wagę. Świadczy o tym chociażby fakt, że już pięć dni po wizycie delegacji góralskiej na Wawelu Hans Frank przybył z rewizytą do Zakopanego. Krzeptowski witał go uroczyście pod świerkową bramą, zbudowaną z okazji mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym, które rozegrano w Zakopanym w lutym tego samego roku, a którą teraz ozdabiały hitlerowskie swastyki. Samozwańczy goralenführer brnął w zdradę coraz mocniej. Do słuchających go górali zwrócił się słowami: „Meine lieben Kameraden, dwadzieścia lat jęczeliśmy pod polskim panowaniem, a teraz wracamy pod skrzydła wielkiego narodu niemieckiego".

Następnym krokiem podjętym przez kolaborantów było reaktywowanie za zgodą władz niemieckich przedwojennego Związku Górali. Związek na zebraniu zorganizowanym 29 listopada 1939 r., w którym wzięło udział 38 znanych górali i przedwojennych działaczy, podjął decyzję o przekształceniu się w Goralenverein i za cel postawił sobie zakładanie szkół i klubów sportowych, które miały być narzędziem germanizacji „narodu góralskiego". Przyjęto także memoriał skierowany do Hansa Franka, który przygotował Henryk Szatkowski. Dokument ten nazywany jest kamieniem węgielnym Goralenvolku. Szatkowski próbował udowodnić w nim germańskie pochodzenie górali, prosił nazistowskiego namiestnika o pomoc w pielęgnowaniu narodowej odrębności, postulował przyznanie gazdom wielu przywilejów gospodarczych. Pod memoriałem podpisali się Wacław Krzeptowski, jego dwaj kuzyni Stefan i Andrzej Krzeptowscy, Józef Cukier, Jędrzej Wawrytko oraz dwóch ceprów: Witalis Wieder i Henryk Szatkowski. Wszyscy użyli w nim niemieckich wersji swoich imion.

Nie wszystko jednak szło po myśli Krzeptowskiego i jego współpracowników. Zebranie, na którym powstał Goralenverein, uświadomiło im jednocześnie, że wielu górali nie popiera zbliżenia z okupantem. Byli wręcz tym oburzeni i głośno protestowali. Zdrajcy obeszli się ze swoimi przeciwnikami w sposób brutalny. W kolejnych miesiącach trafiali oni do katowni w hotelu „Palace", niektórych wywieziono dalej do Auschwitz. Wielu patriotycznie nastawionych górali nie przeżyło tych prześladowań. Należy wyraźnie podkreślić, że idea Goralenvolku nie znalazła poparcia wśród góralskich mas i większość z nich pozostała wierna Polsce. Z drugiej strony odsetek kolaborantów na Podhalu był najwyższy w całym okupowanym kraju.

W latach 1940–1942 zdrajcy zaczęli z wielką werwą realizować niemieckie pomysły germanizacyjne. Jednym z nich był projekt utworzenia szkoły niemieckiej w Zakopanem, który jednak upadł z powodu braku chętnych. Nieco większym powodzeniem cieszyła się powołana w jej miejsce powszechna szkoła góralska (Goralische Volksschule), w której językami wykładowymi były język góralski i niemiecki. Uczęszczało do niej około szesnaście procent dzieci z Zakopanego. Nieco później powstała także szkoła zawodowa (Goralische Berufschule für Volkskunst) oraz klub sportowy (Goralische Heimatsdienst).

W czerwcu 1940 r. w powiecie nowotarskim przeprowadzono spis ludności. W rubryce „narodowość", obok polskiej, niemieckiej, żydowskiej czy ukraińskiej pojawiła się również opcja „góralska". Okazało się jednak, że podhalańscy bacowie i gaździny zakreślali ją niezbyt chętnie, dlatego członkowie Goralenverein najpierw starali się szantażować uczestników spisu wywózkami do GG, a po jego zakończeniu dopuścili się manipulacji – głosy zapisane w formie „polski góral" bądź też „góral-Polak" przyporządkowywali do kategorii „narodowość góralska".

Kolaborancki Związek Górali miał być bazą do utworzenia Komitetu Góralskiego (Goralisches Komitee), czyli namiastki góralskiej samorządności. Ostatecznie komitet taki powstał w lutym 1942 r. („w 10 roku rządów Wodza Adolfa Hitlera" – jak podkreślali jego założyciele) i miał odpowiadać za kontakty z władzami GG, sprawy socjalne, kulturę i edukację oraz zaopatrzenie. Docelowo miał się przekształcić w niezależny rząd Goralenlandu. W praktyce Komitet Góralski był jedynie narzędziem germanizacji i służył załatwianiu prywatnych interesów jego członków. Na jego czele stanął Krzeptowski, a jego zastępcą został Józef Cukier. Komitet Góralski organizował wizyty dygnitarzy hitlerowskich na Podhalu, które miały służyć zacieśnieniu współpracy między góralami a III Rzeszą. „Organizowano także zbiórkę poduszek dla rannych żołnierzy niemieckich, a kobiety góralskie reperowały zniszczone mundury i odzież żołnierzy Wehrmachtu. (...) W Ministerstwie Propagandy III Rzeszy w Berlinie rezydował reprezentant tej organizacji. Był nim początkowo F. Kolasiński, a potem Andrzej Bachleda-Curuś" – pisze Wojciech Szatkowski. Członkowie komitetu mieli w zwyczaju obradować w restauracji „Zum Gorolen", gdzie „wśród góralskich obrazów na szkle przedstawiających świętych wisiał portret Adolfa Hitlera" i gdzie często organizowano „pijatyki podczas których wznoszono toasty na cześć Hitlera i Wielkich Niemiec".

© NAC

Esesmani z Podhala

Największymi akcjami zorganizowanymi przez kolaborantów z Komitetu Góralskiego były operacja wymiany dowodów osobistych na kenkarty G i próba powołania do życia góralskiego legionu SS. Tę pierwszą zorganizowano w 1942 r. Miała na celu udowodnienie Niemcom, że naród góralski stał się faktem i działalność Komitetu nie jest bezowocna. Krzeptowski i jego współpracownicy dwoili się i troili, aby przekonać górali do przyjęcia kenkarty góralskiej o niebieskiej barwie i oznaczonej literą „G" (od Goralenvolk). Jeżdżono od wsi do wsi i z dużą determinacją namawiano do wpisania się na tę swoistą volkslistę. W niektórych miejscowościach kuszono obietnicami przywilejów i zmniejszeniem dostaw obowiązkowych, w innych, tych bardziej opornych, grożono wysiedleniem lub wysłaniem do obozu koncentracyjnego (na wiecu w Rabce Krzeptowski wykrzykiwał, że kto nie weźmie kenkarty „G" to: „20 kg pod pachę i wio z Podhala").

Rezultat akcji z punktu widzenia jej organizatorów był więcej niż umiarkowany. Na 150 tys. mieszkańców powiatu nowotarskiego góralską kenkartę przyjęło około 25 tys. osób, czyli 18 proc. Dużo to i mało zarazem. Z jednej strony w całej okupowanej Polsce nigdzie nie było większego odsetka podpisanych volkslist (całkowitym fiaskiem zakończyła się np. podobna akcja przeprowadzona na Kaszubach). Jednocześnie brak masowego poparcia dla idei „narodu góralskiego" był świadectwem klęski kolaborantów, którzy w rezultacie wiele stracili w oczach swoich mocodawców. Najwięcej góralskich kenkart wydano w Szczawnicy i Cichym (ponad 90 proc.), W Nowym Targu dokument z literą „G" przyjęła jedna trzecia mieszkańców, a w Zakopanym 23 proc. Były także miejscowości, gdzie ten odsetek był minimalny: w Ochotnicy wyniósł zaledwie 5 proc., w Szaflarach i Czorsztynie – 3 proc., a w Krościenku tylko 2,5 proc. Na terenie Krościenka został nawet założony przez miejscowego wójta, inż. Władysława Grotowskiego, Powiatowy Zespół do Walki z Góralszczyzną. Z kolei Władysław Gąsienica, gdy działacze Goralenvolku tłumaczyli mu, że skoro nosi góralskie portki, powinien wziąć niebieską kenkartę, odparł: „Portki góralskie, ale to, co w portkach, polskie". Kenkarty góralskiej nie przyjęła także żona Henryka Szatkowskiego, Maria. Zdecydowana większość górali opowiedziała się za Polską.

Porażka akcji „kenkartowej" skłoniła Komitet Góralski do szukania innego sposobu na udowodnienie Niemcom swojej przydatności. Taką próbą miało być sformowanie Góralskiego Legionu Ochotniczego SS (Goralische Freiwilligen SS Legion). Inicjatywa wyszła ze strony niemieckiej, która osłabiona wielkimi stratami poniesionymi na froncie wschodnim w 1942 i 1943 r. zaczęła szukać sposobów na ich uzupełnienie poprzez formowanie jednostek kolaboranckich. Warto przy okazji wspomnieć, że Niemcy próbowali już w listopadzie 1939 r. zorganizować kompanię góralską w składzie formowanego wówczas w Krakowie 8. Pułku SS Totenkopf. Rezultat – dwóch zwerbowanych mieszkańców Podhala. Pod koniec 1942 r. do góralskich osad ponownie ruszyli przedstawiciele Komitetu Góralskiego, nakłaniając ludzi do wstępowania do legionu, który docelowo miał liczyć 10 tys. żołnierzy. Ostatecznie 8 stycznia 1943 r., na komisji lekarskiej w hotelu „Morskie oko" w Zakopanem, stawiło się między 300 a 400 młodych mężczyzn (źródła w tej kwestii znacznie się różnią). Mniej niż połowa z nich wsiadła do pociągu, który miał ich zawieźć do obozu szkoleniowego SS w Trawnikach. Niektórzy świadkowie twierdzą, że zrobili to nie w pełni świadomie, wcześniej bowiem spojono ich wódką. Dlatego większość rekrutów uciekła już na pierwszym postoju w Makowie Podhalańskim. W Trawnikach znalazła się niewielka grupka górali, która zamiast szkolić się na „dobrych esesmanów", wdała się w bójki ze szkolonymi tam Ukraińcami. Ostatecznie w szeregach Waffen SS zostało 12 górali, w większości typków spod ciemnej gwiazdy.

© NAC

Polowanie na zdrajców

Po fiasku idei utworzenia góralskiego legionu SS Krzeptowski i inni kolaboranci przestali być partnerami dla hitlerowskiego okupanta. Niemcy zrozumieli, że na masowe poparcie wśród mieszkańców Podhala nie mają co liczyć, a poza tym zbliżająca się Armia Czerwona sprawiła, że ich głowy zaprzątały teraz inne problemy. Dlatego w 1944 r. działalność Goralenvolku prawie całkowicie zamarła. Jego członkowie coraz częściej musieli się martwić o własne życie, pozbawieni bowiem ochrony niemieckiej stawali się coraz łatwiejszym celem dla polskich partyzantów. AK zwalczała ich zresztą od samego początku. Już pierwsza zorganizowana konspiracja, czyli tzw. Konfederacja Tatrzańska, za jeden z głównych celów postawiła sobie likwidację Krzeptowskiego i pozostałych zdrajców.

„Honor nakazuje, aby Goralenvolk został zdławiony przez samych Podhalan" – zaznaczono w deklaracji ideowej KT. Po jej upadku działania te kontynuowały oddziały AK, przede wszystkim z jednostki dowodzonej przez górala z Waksmundu Józefa Kurasia „Ognia". W 1944 r. polskim partyzantom udało się wykonać kilka wyroków śmierci na goralenvolkowcach. Ukrywającego się Krzeptowskiego wytropiono w styczniu 1945 r. Kiedy następnego dnia po egzekucji rodzina odcięła wisielca z gałęzi, znaleziono w jego kieszeni napisany w ostatniej chwili testament: „Ja niżej podpisany Wacław Krzeptowski urodzony 1897 r. dnia 24 czerwca w Kościeliskach przekazuję cały swój nieruchomy i ruchomy majątek uwidoczniony w księgach hipotecznych w Zakopanem na rzecz oddziału partyzanckiego Kurniawa grupy Chełm AK z własnej nieprzymuszonej woli, jako jedyne zadośćuczynienie dla narodu polskiego za błędy i winy popełnione przez mnie wobec polskiej ludności Podhala w okresie okupacji niemieckiej od roku 1939 do 1945. Kościelisko, 20 stycznia 1945, 22.30". Jakie uczucia skłoniły Krzeptowskiego do zapisania tych słów, czy był to strach przed śmiercią, czy może autentyczna skrucha? Najprawdopodobniej nigdy się już tego nie dowiemy. List ten pokazuje jednak, że nawet zdrada, jaką niewątpliwie był Goralenvolk, mogła mieć wiele odcieni.

W 1946 r. w Zakopanem odbył się pokazowy proces kierownictwa Goralenvolku. Zastępca Krzeptowskiego, Józef Cukier, został skazany na 15 lat więzienia (podobno wyrok został złagodzony po prośbach mieszkańców Podhala i Żydów, których zastępca góralskiego führera uratował). Pozostali kolaboranci otrzymali zaskakująco niskie wyroki – od 3 do 5 lat więzienia. Nieznany pozostaje los Henryka Szatkowskiego i Witalisa Wiedera. Obaj zdążyli się ewakuować wraz z Wehrmachtem. Od tej pory ślad po nich zaginął.

Tłumaczka Magdalena Fitas-Dukaczewska Następny artykuł

Niespodziewane słowa tłumaczki Tuska o Kwaśniewskim i Komorowskim

Reklama
Reklama

ZOBACZ WIĘCEJ ARTYKUŁÓW Z RZECZPOSPOLITEJ

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon