Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Najważniejszy rok w życiu Grzegorza Schetyny. Jeśli nie wygra, czeka go miejsce w tylnych rzędach

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska 2019-01-03 Marcin Wojciechowski
© Dostarczane przez Ringier Axel Springer Sp. z o.o.

To będzie najważniejszy rok w życiu Grzegorza Schetyny. Albo wygra wybory do Sejmu tak, że będzie miał większość, albo okaże się politykiem nieskutecznym i zdolnym jedynie do małych, zakulisowych intryg. Nic mu nie da uzyskanie po prostu „dobrego wyniku”, nawet jeśli ten wynik będzie o 10 punktów procentowych lepszy niż Platforma miała w 2015. Jeżeli PiS otrzyma więcej głosów niż PO i nadal będzie rządził, to Schetyna zostanie wyrzucony ze stanowiska szefa partii i będzie mógł co najwyżej, siedząc w tylnych rzędach sali sejmowej, oglądać jak Kaczyński niszczy Polskę.

Cała odpowiedzialność spoczywa na Schetynie. Ulica i zagranica zrobiły tyle, ile mogły: pisowski marsz ku sponiewieraniu sądownictwa został spowolniony przez demonstracje i powstrzymany (na chwilę?) przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Sami sędziowie wykorzystali wszystkie możliwości i bronią się w Sądzie Najwyższym, ale w 2020 roku zgodnie z prawem wygaśnie kadencja Małgorzaty Gersdorf i zmiana na stanowisku I Prezesa będzie konieczna. O spółkach skarbu państwa i Telewizji Polskiej nie ma co wspominać, tak samo jak o prokuraturze i chociażby Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Powstrzymanie i odwrócenie szkodliwych i urągających przyzwoitości przeobrażeń zależy już tylko od zwycięstwa w wyborach. A ono od lidera opozycji i jego umiejętności. Czy okażą się lepsze niż umiejętności Jarosława Kaczyńskiego?

Nie Kmicic, jeno Babinicz!

Kaczyński zgrzeczniał. Przestał krzyczeć, już nie oskarża opozycji o zamordowanie jego brata, nie pluje na Unię Europejską, i nie twierdzi, że imigranci przenoszą bardzo niebezpieczne choroby. W ostatnim filmiku, w którym składał życzenia wyborcom (siedząc), pokazał się na tle bombki choinkowej z napisem „peace” i mówił same miłe rzeczy. To nieomylny znak, że idą wybory.

Po wyborach Kaczyński wróci do swojej zwykłej postaci, ale na razie próbuje oszukać centrowych wyborców. Słychać wokół powątpiewania czy wyborcy znowu dadzą się nabrać na ten chwyt, skoro cudowna metamorfoza Kaczyńskiego powtarza się cyklicznie przed każdymi wyborami. Dadzą. Skłonność do dawania wiary rośnie wraz z liczbą otrzymywanych upominków, a wyborcy dostali od PiS nie tylko 500+, ale i m.in. podniesioną płacę minimalną, podwyżki płac w wojsku, policji, oświacie. PiS rozdaje nie swoje pieniądze, więc jest hojny. Dlatego notowania rządu i partii rządzącej są dobre, co powoduje, że szanse na zwycięstwo wyborcze wydają się wysokie.

Natomiast powoli kończą się pomysły na kolejne rozdawnictwo. Konwencja PiS 15 grudnia pokazała, że o nowe, spektakularne hasło takie, jak 500+ będzie już trudno. Politycy PiS utracili siłę świeżości, wydawali się raczej zmęczeni i reaktywni, a cała konwencja miała charakter defensywny. PiS musiał się bronić przed zarzutami o antyeuropejskość i brak wiarygodności, szczególnie po aferze KNF, ale kto się broni, ten nie wygrywa wyborów.

Dlatego wiarygodna wydaje się koncepcja ogłoszenia wcześniejszych wyborów. Termin uchwalenia ustawy budżetowej mija pod koniec stycznia. Jeżeli nie zostanie ona uchwalona, to prezydent Duda będzie miał prawo rozwiązać Sejm i ogłosić wybory w ciągu 45 dni. Z wyliczeń wynika, że wtedy wybory odbędą się w drugiej połowie marca.

Takie rozwiązanie dałoby Prawu i Sprawiedliwości pewne plusy: odzyskanie inicjatywy, zaskoczenie opozycji, która cały czas jest niepozbierana, oraz wyjście do wyborów z przygotowanym skrycie planem kampanii. W dodatku pamięć wyborców o fantach, które dostali od PiS w ciągu ostatnich trzech lat, na pewno będzie świeższa w marcu niż na jesieni, w zwykłym terminie wyborów.

Z drugiej strony ogłoszenie wcześniejszych wyborów, a następnie przegranie ich byłoby całkowitą kompromitacją Kaczyńskiego, tym bardziej że już raz taki manewr wykonał, w 2007 roku, i wówczas musiał oddać władzę. Dlatego wśród posłów, którzy pojawiali się na sejmowych korytarzach między Świętami, a Nowym Rokiem krąży plotka, że Prezes jeszcze nie jest zdecydowany i ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie ok. 15 stycznia. Do tego czasu ma dostać od swoich podwładnych konkretny plan wygrania kampanii wyborczej i jeśli będzie on przekonujący, to Sejm zostanie rozwiązany, a jeśli nie, to PiS postara się dotrwać do jesiennego terminu.

Nikt nie bierze w tych rozważaniach pod uwagę Andrzeja Dudy, co nie dziwi. Jest oczywiste, że podpisze wszystko, co mu Kaczyński każe. Warto tu dodać, że art. 225 Konstytucji mówi, że jeżeli prezydent nie otrzyma ustawy budżetowej, to może rozwiązać Sejm, ale nie musi. Zatem teoretycznie prezydent może nie wydać postanowienia o rozwiązaniu Sejmu, ale w praktyce nikt nie wierzy, że będzie miał odwagę zachować się wbrew poleceniom szefa partii. Zdążyliśmy już przywyknąć do takiego wizerunku prezydentury, a to niedobrze, bo zgoda na kompromitujące standardy powoduje stopniowe obniżanie standardów. Powinniśmy pamiętać, że Andrzej Duda swoją postawą kompromituje urząd prezydenta RP.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego dla PiS lepiej by było, żeby wybory odbyły się wcześniej. Nie wyjaśniona afera KNF to jątrząca się rana PiS. Lepiej by było przykryć ją kampanią wyborczą, zanim w mediach ukażą się jej kolejne wątki. Tylko ktoś wyjątkowo naiwny może sądzić, że sprawa została zamknięta wraz zamknięciem szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Pośrednio przyznał to prezes NBP Adam Glapiński, który kilka dni po wybuchu afery, będąc na Kongresie 590 w Rzeszowie, podszedł do dziennikarzy i ni stąd ni zowąd, nie pytany, powiedział, że świetnie się czuje i jest zdrowy. O co mogło mu chodzić? Odpowiedź znajdziemy w przepisach. Zgodnie z obowiązującym prawem prezesa NBP można odwołać kiedy „nie wypełnia on swych obowiązków na skutek długotrwałej choroby”. Aha. W ten sposób prezes Glapiński zdradził nam niechcący nie tylko, że znakomicie zna sposób funkcjonowania swoich przyjaciół z PiS i że umie szybko uprzedzić ich ruch, ale także, a może przede wszystkim, że miał powody do obaw.

Dotychczas medialne zainteresowanie skupiało się tylko wokół gigantycznych zarobków w NBP pani będącej ekspertką od rajstop, a jednocześnie mającej świetne relacje z prezesem Glapińskim. To szczegół w porównaniu do tego, co o Glapińskim mogą mówić media w przyszłości. Jeżeli prawdą okaże się, że Marek Czarnecki nagrał nie tylko Chrzanowskiego, ale także Glapińskiego, to rok 2019 będzie czarnym snem Kaczyńskiego. Tak samo jak wtedy, gdy media zainteresują się szczegółowo dziwaczną historią senatora PiS Grzegorza Biereckiego, którego fundacja – jak opisywano pod koniec listopada – zwróciła się do banku Leszka Czarneckiego z propozycją ulokowania w nim 70 milionów złotych. Getin Noble Bank odmówił przyjęcia tych pieniędzy. Czy ktoś słyszał kiedyś, żeby bank nie chciał przyjąć od kogoś pieniędzy na lokatę? Co to musiały być za pieniądze?

Więcej tu pytań niż odpowiedzi i chyba lepiej dla PiS, żeby wyborcy usłyszeli odpowiedzi na te pytania po wyborach, a nie przed.

Guliwer w krainie niewielkich partii

Dla Grzegorza Schetyny wcześniejsze wybory też byłyby na rękę. Schetyna jest szefem partii już prawie trzy lata i do tej pory niczego wielkiego nie pokazał. Notowania partii cały czas pozostają na podobnym poziomie i ani razu nie udało się jej wyprzedzić PiS. Wydaje się, że PO osiągnęła swój szklany sufit i więcej głosów już nie zdobędzie, a przynajmniej nie z tym liderem, więc jedynym wyjściem pozostaje dosypanie głosów innych partii, poprzez zawiązanie z nimi koalicji.

W ten sposób Schetyna staje się zakładnikiem mniejszych ugrupowań, które w sondażach dysponują zaledwie trzema procentami, ale z jego punktu widzenia to mogą być właśnie te trzy punkty procentowe potrzebne do pokonania PiS. Koszmarnym snem Schetyny musi być sytuacja, w której wielkopańskim gestem odrzuca umizgi karłowatego ugrupowania, a potem okazuje się, że do zwycięstwa nad PiS zabrakło mu dokładnie tych paru procent, którymi przedtem wzgardził.

Dlatego paradoksalnie to liderzy mniejszych ugrupowań stawiają warunki liderowi Platformy, wykorzystując prawdziwą, albo wyimaginowaną przewagę nad nim. Pewnie drażni to Schetynę, który przez lata był sekretarzem generalnym partii i zwykł załatwiać nadambitnych liderów minifrakcji w taki sposób, że do dzisiaj ciarki im po plecach przechodzą, kiedy to sobie przypomną. Schetyna umie radzić sobie z innymi politykami, ale tylko wtedy, gdy mu podlegają. W układach z liderami innych partii już nie jest tak łatwo, a niestety stare przyzwyczajenia dają znać o sobie, jak wtedy, gdy ogrywał Katarzynę Lubnauer. Właściwie nie wiadomo po co to robił, bo przecież mógł mieć na talerzu całą Nowoczesną, Lubnauer wcześniej czy później sama by mu ją przyniosła nie mając innego wyjścia. Jednak instynkt zadziałał i Schetyna odruchowo odgryzł część Nowoczesnej w postaci Kamili Gasiuk-Pihowicz i jej kilku kolegów, a reszta mu uciekła. Teraz ma tylko część zamiast całości, a dodatkowo pojawił się problem w postaci jednoczenia się wystraszonych ludożerstwem Schetyny liderów Nowoczesnej i PSL, a może nawet SLD.

Talent dyplomatyczny nie jest najsilniejszą stroną byłego szefa dyplomacji. Zmuszać go do negocjowania z partnerami politycznymi to tak, jakby kazać leworęcznemu pisać prawą ręką: popróbuje, popróbuje, a potem i tak natura zwycięży i zrobi po swojemu. Konieczność zabiegania o względy liderów partii jest dla Schetyny po prostu trudna.

Gdyby Kaczyński rozwiązał Sejm, to sytuacja by się odwróciła: liderzy małych partii sami by przybiegli do Schetyny po prośbie, w panice że PO pójdzie do wyborów bez nich. Dlatego Schetyna czeka na decyzję Kaczyńskiego jak na zbawienie, miałby wówczas dużo mniej roboty. A poprzyklejane do Platformy Nowoczesna, PSL i SLD dadzą dodatkowo jakieś 10 punktów procentowych, może nawet trochę więcej, do tego doszłaby premia za jedność i – jak twierdzą sondaże obliczające szanse takiej koalicji – widoki na zwycięstwo nad PiS byłyby całkiem konkretne.

Matka głupich

W Nowoczesnej wciąż panuje zdumienie. Schetyna co prawda nie odbierał telefonów od Lubnauer już na dwa tygodnie przed przejęciem Kamili Gasiuk-Pichowicz, ale kto by się spodziewał, że to może oznaczać nielojalność? Co prawda zaraz po wyborach samorządowych mówiło się, że w PO narasta niezadowolenie z oddania zbyt wielu miejsc na listach Nowoczesnej, ale trudno było przewidzieć, że za tym pójdą konsekwencje. Co prawda wszyscy od lat mówili, że Schetyna jest mistrzem intryg, ale przecież w kontaktach osobistych był miły.

Historia posłów Nowoczesnej to opowieść o naiwności, która próbuje znaleźć dla siebie miejsce w świecie oszustw. Historia ze smutnym finałem. Zostały negatywnie zweryfikowane pojawiające się wciąż i na nowo slogany o potrzebie odnowienia polityki poprzez dopuszczenie „świeżej krwi” czyli niepolityków, osób spoza dotychczasowej polityki. Okazało się jednak, że polityka to też zawód i wymaga profesjonalistów. A nie jest profesjonalistą ktoś, kto nie spodziewał się pożarcia nawet wtedy, gdy od pół roku każda gazeta nazywała Nowoczesną przystawką i zapowiadała, że Schetyna ją pożre.

Teraz przed politykami Nowoczesnej czas trudnych decyzji. Chwilowo dziurę w klubie parlamentarnym udało się załatać wypożyczeniem Jacka Protasiewicza, ale już się mówi, że jeszcze w styczniu z klubu odejdzie następna osoba i znowu trzeba będzie szukać sposobu na przetrwanie. Można by się przed tym zabezpieczyć jednocząc się z powrotem z Ryszardem Petru i jego kołem Teraz, ale po wyrzuceniu go z partii ze strony polityków Nowoczesnej padło w jego kierunku tak wiele ciężkich oskarżeń, a nawet obelg, że teraz po prostu głupio im spojrzeć mu w oczy, a co dopiero prosić o ratunek. Po co politycy wygadywali takie rzeczy? Żeby zamknąć sobie furtkę do rozmów? Profesjonaliści tak nie robią, ale politycy Nowoczesnej owszem.

Takiego błędu nie zrobił Grzegorz Schetyna. Nigdy nie zamknął sobie furtki do rozmów z Petru. Jeśli uda mu się namówić lidera Teraz! do wejścia w koalicję z PO, to resztówka Nowoczesnej nie będzie mu do niczego potrzebna, bo nazwisko Petru symbolizuje wartości wolnorynkowe i wyborcy o takich poglądach pójdą za Petru, a nie za wypraną z tożsamości N. Partia Teraz! ma w sondażach zaledwie 1 procent poparcia, ale Ryszard Petru osobiście aż 19.

Jeżeli klub Nowoczesnej straci jeszcze jednego posła, to pozostaje jeszcze koło ratunkowe w postaci powołania koalicyjnego klubu parlamentarnego z PSL. Oznaczałoby to zdanie się na łaskę i niełaskę Władysława Kosiniaka-Kamysza, bo N bez PSL nie może istnieć, a PSL bez N może. Ale dla posłów Nowoczesnej oznaczałoby to przynajmniej przedłużenie nadziei na dalsze istnienie. Na razie nastroje są świetne. Na niedawnej Radzie Krajowej pojawiały się stwierdzenia, że na odejściu Kamili Gasiuk najbardziej zyskała… Lubnauer, bo teraz wszyscy zobaczyli, że tylko ona poważnie podchodziła do idei jedności opozycji i że dlatego teraz to Nowoczesna będzie ośrodkiem jednoczenia opozycji, a sama partia stała się sprawna i zjednoczona jak nigdy, bo pozbyła się elementów niepewnych. „Jesteśmy zwarci jak pięść” twierdzą partyjni optymiści. Na Titanicu też orkiestra grała do końca.

Polskie Stronnictwo Obrotowe

Nastroje posłów Nowoczesnej nie byłyby tak dobre, gdyby zdali sobie sprawę z tego, że Władysław Kosiniak-Kamysz tylko pozoruje tworzenie koalicji z Nowoczesną. Jest mu to potrzebne, żeby drożej sprzedać się Schetynie. Do powołania takiej koalicji nie dojdzie, bo nic by nie dawała PSL-owi, a wśród jej tradycyjnego elektoratu stanowiłaby raczej obciążenie. Trudno wyobrazić sobie np. wiec wyborczy, na którym na scenie staną obok siebie Jarosław Kalinowski z żoną i Paweł Rabiej z partnerem. Wiejscy wyborcy PSL na pewno zapamiętaliby taki wiec na długo, ale raczej nie z powodów, na które liczą liderzy PSL.

PSL i Nowoczesnej nic nie łączy, a wszystko dzieli, zarówno w sferze obyczajowej jak i ekonomicznej. Dość tylko przypomnieć, że Nowoczesna domagała się swego czasu likwidacji KRUS i włączenia rolników do systemu ogólnego, a nawet wprowadzenia podatku dochodowego w rolnictwie. Sztuczność takiej koalicji byłaby tak oczywista, że gdyby chciała ona popularyzować postulaty obydwu partii naraz, to straciłaby wyborców jednej i drugiej partii, ale na pewno nie zyskała nowych.

Natomiast koalicja PSL z PO jest czymś naturalnym. Obie partie rządziły razem Polską przez osiem lat, a w wielu sejmikach wojewódzkich są w koalicji dotychczas. Jeżeli Kosiniak-Kamysz jeszcze nie porozumiał się ze Schetyną, to tylko dlatego, że chce wynegocjować jak najwięcej dla swojej partii i że musi pokazać członkom PSL, że tanio skóry nie odda. Zaraz po Nowym Roku ma się odbyć posiedzenie Rady Naczelnej PSL. Zazwyczaj wynikiem tych obrad są niewiele mówiące komunikaty, w których pomiędzy wierszami jest napisane, że PSL pójdzie do wyborów z tym, kto więcej zaoferuje. W tym wypadku oznacza to PO. PSL spróbuje zażądać cudu i będzie oczekiwał od Schetyny obietnicy stanowiska premiera dla Kosiniaka Kamysza, ale wystarczy, że Schetyna cierpliwie poczeka na ogłoszenie wyborów, a ambicje PSL wrócą do rozsądnych rozmiarów.

Istnieje jeszcze opcja samodzielnego pójścia PSL do wyborów. Wielu członków Rady Naczelnej chciałoby takiego rozwiązania. Szczególnie ci, którzy pamiętają czasy świetności partii, a jednocześnie nie ponoszą odpowiedzialności za jej dzień dzisiejszy. Łatwo rysować ambitne cele, jeśli się nie odpowiada za ich realizację. Ale z faktu, że ta partia dostawała się do Sejmu zawsze, nie można wyciągać wniosku, że tym razem też się dostanie. Sondaże mówią najczęściej o 4 procentach. Ryzyko jest duże.

Dla całej opozycji samodzielny start, a następnie klęska PSL byłby najgorszym wariantem, bo oznaczałaby stratę cennych punktów procentowych, które ordynacja wyborcza przekazuje w prezencie partii wygrywającej. Tak było z SLD w 2015 roku – zabrakło ułamka procentu do przeskoczenia progu, a skorzystał na tym PiS.

Nie ma zgody co do zgody

Na lewicy głośno mówi się o jedności. Pomysł wspólnej listy Biedronia, SLD i Razem mógłby się powieść, gdyby nie niechęć Roberta Biedronia dotkniętego silnym napadem narcyzmu. Biedroń uważa, że powiedzie mu się świetnie, więc nie musi z nikim wchodzić w koalicję, a swoją pewność opiera na osobistej popularności. Rzeczywiście Robert Biedroń ma ponadprzeciętny talent do zjednywania sobie publiczności. W osobistym kontakcie wręcz hipnotyzuje odbiorców. Spotkania Biedronia z wyborcami to właściwie spektakle z niesamowitym scenariuszem i eksperymentalnymi technikami omamiania słuchaczy, które wywołują magiczne efekty. Publiczność wychodzi zachwycona, a nawet zakochana w Biedroniu.

Nic dziwnego, że stara się wykorzystać do maksimum swoje atuty i jeździ po kraju odbywając niezliczone spotkania z wyborcami, podczas których uśmiecha się, mizdrzy, oczarowuje i udaje, że wsłuchuje się w głos zwykłych Polaków. W rzeczywistości na te spotkania przychodzą wyłącznie zwolennicy, którzy powtarzają wciąż te same postulaty. Ich wynikiem jest każdorazowy entuzjazm z jakim spotyka się Robert Biedroń, ale nie powodują wzrostu jego sondaży. Jeżeli celem tego tournée było utwardzenie swojego elektoratu, to cel został osiągnięty perfekcyjnie. Ale jeżeli Biedroń chce ugrać coś więcej, niż tylko głosy bańki, którą pielęgnuje, to czas najwyższy wyjść poza tę grupę wyznawców.

Na przeszkodzie mogą stanąć pieniądze, a raczej ich brak. Prowadzenie kampanii wyborczej jest niezwykle kosztowne, w tym również w mediach społecznościowych, a planowana na luty impreza na Torwarze będzie kosztowała zapewne kilkaset tysięcy złotych. Robert Biedroń próbuje zdobyć fundusze otwierając sklep z koszulkami. Dochód ma iść właśnie na kampanię wyborczą. Ale trudno wyobrazić sobie, że dzięki temu zabiegowi da się uzyskać środki wystarczające na kampanię. Sponsorzy, do których chodzi po prośbie Biedroń, podobno są mniej entuzjastyczni niż widownia z jego spotkań.

Kłopotom z pieniędzmi mogłoby zaradzić SLD, które ma fundusze z refundacji Skarbu Państwa. Ba! Taka koalicja co prawda zapewniłaby fundusze, ale odebrałaby ugrupowaniu Biedronia walor świeżości. SLD to partia głównie dla emerytowanych milicjantów – to trochę inny elektorat niż biedroniowi geje, hipsterzy i wielkomiejska, kosmopolityczna postinteligencja.

Poza tym lider SLD Włodzimierz Czarzasty ma opinię człowieka trudnego we współpracy. W sejmowych korytarzach mówi się o nim, że zaczyna oszukiwać i rozbijać jeszcze wtedy, gdy kończy podpisywać porozumienie. Dlatego i dla Biedronia i dla Schetyny rozwiązanie omijające Czarzastego byłoby najlepszym możliwym. Chyba, że bez niego nie da rady.

Partia Razem dokonała zwrotu o 180 stopni. Dotychczasowe wywyższanie się i wykluczanie koalicji z kimkolwiek zastąpiła refleksja o tym, że trwanie w infantylnym uporze i przeświadczeniu o własnej rzekomej wyższości skazuje na wieczne przebywanie na marginesie zdarzeń politycznych. Jeszcze kilka miesięcy temu nikt się nie spodziewał, że ta partia stanie się ugrupowaniem otwarcie nawołującym do zawarcia koalicji, i to z kim! Z Włodzimierzem Czarzastym. Sojusz Razem i SLD jest już prawdopodobny, a jeżeli Biedroń po Torwarze nie dostanie gradu pieniędzy od zwolenników i sponsorów, to pewnie i on chcąc – nie chcąc w końcu utemperuje swoje ambicje i dołączy do lewicowej koalicji.

Z badań sondażowych wynika, że gdyby ta trójka dołączyła do PO i PSL, to taka koalicja pokonałaby PiS. Ale na razie perspektywa wyborów jest zbyt odległa, żeby politycy czuli się zmuszeni do kompromisów. A bez tego łatwo o zbyt wygórowane ambicje i o bujanie w chmurach.

Grzegorz Schetyna musi uzbroić się w cierpliwość i wystrzegać się błędów. Jego odpowiedzialność za pokonanie PiS w 2019 roku jest tym trudniejsza, że będzie ponosił konsekwencje błędów nie tylko swoich, ale i swoich kolegów po fachu z innych partii opozycyjnych.

Reklama
Reklama

Więcej na Newsweek.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon