Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Samotność PiS-u: Zwycięstwo, które jest porażką

Logo Rzeczpospolita Rzeczpospolita 2018-10-22 Artur Bartkiewicz

© AFP

Czwarta wygrana PiS-u w wyborach, o której w niedzielę po 21 mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński, ma wyjątkowo gorzki smak. Wynik PiS-u na poziomie sejmików wojewódzkich musi w Prawie i Sprawiedliwości budzić obawy w kontekście wyborów parlamentarnych.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze: PiS poprawił swój wynik z wyborów samorządowych z 2014 roku, i to aż o około sześć punktów procentowych. Partia Jarosława Kaczyńskiego zwiększyła też liczbę województw, w których tryumfowała (o trzy). A więc sukces? No cóż, niekoniecznie.

Problem PiS-u polega na tym, że zwycięstwo tej partii, odniesione w wyborach, ma zbyt mały rozmiar. A to oznacza, że mimo ofensywy Mateusza Morawieckiego; mimo świeżo nabytej przed wyborami bezpartyjności Patryka Jakiego; mimo przypominania wyborcom, kto teraz w Polsce trzyma klucze do państwowego skarbca; mimo brawurowej szarży Jacka Sasina na prezydent Hannę Zdanowską – mimo wielu, naprawdę wielu starań, PiS-owi nie udało się w tych wyborach wyjść poza krąg swojego elektoratu. Dobrze pokazują to wyniki w Warszawie, gdzie Patryk Jaki dwoił się i troił, kampania Rafała Trzaskowskiego była raczej średnio udana, a koniec końców układ sił pozostał mniej więcej taki jak w poprzednich wyborach. Podobnie było w większości pozostałych wielkich miast. Również szybki rzut oka na wyborczą mapę Polski pokazuje, że tradycyjnie PiS wygrywa we wschodnich województwach, a PO w zachodnich. Wiele się musiało zdarzyć, żeby wszystko zostało (niemal) po staremu.
 
Tymczasem PiS – na własne życzenie – postawił się w sytuacji, w której nie może po prostu wygrywać wyborów. Partia Jarosława Kaczyńskiego musi w wyborach deklasować przeciwników, bo w innym przypadku wisi nad nią widmo utraty władzy. Dlaczego? Ponieważ zdolność koalicyjna PiS-u, która już w 2015 roku była bardzo niska, teraz jest w zasadzie równa zero. Z kim bowiem PiS mógłby współrządzić? Z Koalicją Obywatelską? No nie, przecież to w oczach polityków PiS – cytując klasyka – „komuniści i złodzieje”. Z PSL? Po kilku miesiącach atakowania ludowców wszędzie i za wszystko w czasie kampanii samorządowej, zwieńczonych refleksją Beaty Mazurek, że PSL powinien zniknąć z życia publicznego, partia Władysława Kosiniaka-Kamysza podchodzi do PiS – mówiąc eufemistycznie – bez entuzjazmu. SLD? Ideologiczna bezkompromisowość PiS wyklucza taką koalicję mimo faktu, że w kwestiach socjalnych SLD byłoby naturalnym sojusznikiem Prawa i Sprawiedliwości. Pozostaje jeszcze Kukiz’15, ale w PiS zapewne zdają sobie sprawę, jak niestabilny byłby to koalicjant, biorąc pod uwagę, że sensem istnienia tego ugrupowania jest niszczenie istniejącego systemu, a nie funkcjonowanie w jego ramach. PiS z każdym swoim zwycięstwem zostaje więc praktycznie sam.
 
Strategicznym celem dla PiS-u w wyborach samorządowych było potwierdzenie bezwzględnej dominacji na scenie politycznej (na jaką wskazywałby np. sondaże CBOS). To się nie udało. Koalicja PO (plus Nowoczesna) – PSL, oskarżana przez trzy lata przez PiS o wszystkie możliwe grzechy – wciąż trzyma się mocno. Co więcej łączny wynik rywali PiS w wyborach jest znacząco wyższy, niż wynik samego PiS. A Polską rządzi nie ten, kto wygrywa, lecz ten, kto ma większość. Ta myśl – w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych – będzie spędzać sen z powiek niejednemu politykowi partii Jarosława Kaczyńskiego.
 
Następny artykuł

Kim naprawdę był ojciec Dawida? Zaskakujące informacje

Reklama
Reklama

ZOBACZ WIĘCEJ ARTYKUŁÓW Z RZECZPOSPOLITEJ

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon