Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Siły Zbrojne RP, czyli armia nadająca się na defilady przed wyborami

Logo Onet Wiadomości Onet Wiadomości 2019-08-14 Witold Jurasz
Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. broni Jarosław Mika © PAP Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak i Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. broni Jarosław Mika

[Uwaga od redakcji: Opinie w tym artykule są opiniami autora, opublikowanymi przez naszego partnera, i nie reprezentują poglądów Microsoft News ani Microsoft]

Stan polskiego wojska jest fatalny. Brakuje pieniędzy, a skromne środki wydawane są bez ładu i składu, bardziej pod dyktando lobbystów niż sensownych dowódców. Efekt? Mija pięć lat od wybuchu wojny na Ukrainie, a nasza armia nie ma praktycznie żadnych nowych zdolności bojowych, których by nie miała w 2014 r.

  • - Polska Marynarka Wojenna niemal nie istnieje. Co ciekawe, nie powoduje to redukcji etatów
  • - Lotnictwo to teoretycznie najlepiej wyposażony rodzaj sił zbrojnych, ale i tu – jeśli wierzyć doniesieniom medialnym – nie dzieje się dobrze
  • - Złośliwi mówią, że wygralibyśmy bitwę lotniczą z Litwą, bo Litwa nie ma lotnictwa
  • - Siły lądowe to trzon armii. Ich stan jest taki, że nieoficjalnie wiadomo, że w razie czego bronić będziemy się na linii Wisły

Pisanie o stanie polskiej armii obarczone jest poważnym ryzykiem autoplagiatu, stan naszych sił zbrojnych bowiem w zasadzie nie ulega zmianie. Mija już piąty rok od chwili, gdy wraz z wybuchem wojny na Ukrainie uświadomiliśmy sobie, że okres pauzy strategicznej — czyli czasu, gdy można było traktować bezpieczeństwo jako coś mniej istotnego, nie inwestować w sprzęt i raz na rok, przy okazji Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia pokazywać, że jesteśmy "silni, zwarci i gotowi" — że ten okres właśnie minął. Tylko że nie zmieniło się niemal nic.

Czekoladowego orła zamieniono na kult żołnierzy wyklętych i hołdy oddawane Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, ale zdolności bojowych od tego nam nie przybyło. Budżet sił zbrojnych został - co podkreślamy z nieprawdopodobną wręcz dumą - zwiększony do wymaganych przez NATO 2 proc. PKB. Tyle że zwiększono go z poziomu 1,95 proc. PKB, czyli o zaledwie 2,6 proc.

Wojna na Ukrainie spowodowała, że na obronność wydajemy o 0,05 proc. PKB więcej, tylko że są to głównie wydatki bieżące, czyli utrzymywanie niezmiennie rozrośniętej biurokracji, remonty budynków położnych w prestiżowych dzielnicach polskich miast, czy ochronę pustych garnizonów przez prywatne firmy ochroniarskie.

Gdy już przychodzi do tzw. modernizacji sił zbrojnych - choć w zasadzie powinno się pisać o odbudowie podstawowych możliwości obronnych - to okazuje się, że w jej ramach zakupiono samoloty do przewozu VIP. Samoloty takie w przeszłości przyczyniły się już do śmierci nie żołnierzy przeciwnika, lecz naszych własnych przywódców. A sądząc po ujawnionym przy okazji sprawy marszałka Marka Kuchcińskiego jawnym kpieniu z procedur, mogą do tego niestety posłużyć w przyszłości.

Czytaj więcej: Polskie wojsko to wyspy nowoczesności w morzu zacofania. Analiza

Marynarka Wojenna

Marynarka Wojenna w zasadzie już nie istnieje. Jedyny mający jakąkolwiek wartość bojową okręt podwodny miał pożar w czasie remontu. Pozostałe jednostki mają po 50 lat i owszem, stanowią zagrożenie, ale głównie dla służących na nich marynarzy.

Flota nawodna to muzeum techniki, a słynny, budowany dłużej niż Amerykanie budują atomowe okręty podwodne, ORP "Ślązak" jest tak kiepsko wyposażony, że nadaje się jedynie do walki z somalijskimi piratami.

Jedyne, co mamy nowoczesne, to Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy. Ma skuteczne rakiety, ale już system naprowadzania, którym dysponujemy, ma zasięg znacznie mniejszy od samych rakiet. Ten sam problem pojawia się w siłach lotniczych: mamy bardzo nowoczesne rakiety JAASM i JAASM-ER, ale bez wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych, nie trafią one w żaden z zakładanych celów, bo nie mamy systemów naprowadzania o odpowiednim zasięgu.

Siły lotnicze

Lotnictwo ma na wyposażeniu 48 samolotów F-16, ale jak donoszą media, większość nie nadaje się do lotu. Z jakiegoś powodu nikt tych doniesień nie dementuje, co każe mi podejrzewać, że te doniesienia są niestety prawdziwe. To oznacza, że Polska jest gotowa do wojny, ale co najwyżej ze Słowacją lub Litwą, bo Litwa lotnictwa nie ma.

MiGi-29 w wyniku błędów w serwisowaniu miały kilka katastrof i podobno mają zostać wycofane. Tylko jak to się stało, że do tej pory niezawodny samolot nagle zaczął mieć kolejne poważne awarie? Czy ma to związek z niekompetencją, czy też może z zerwaniem kontaktów – również tych nieoficjalnych, realizowanych przez sieć pośredników – z dostawcami oryginalnych części zamiennych ze Wschodu? Na te pytania zapewne odpowiedzi nie dostaniemy, w armii polskiej bowiem wszystko jest tajne. Poza tym co tajne nie jest, czyli, że jej stan jest taki, jaki jest.

Czytaj więcej: Witold Jurasz: Nord Stream 2, czyli o złudnych nadziejach Warszawy

"Pozytywną" informacją i – jak głęboko ufam – niezamierzonym skutkiem ubocznym katastrof MiG-29 jest decyzja o zakupie 32 samolotów F-35. Ich zakup nie oznacza jednak, że nasza armia stanie się nowoczesna. Stanie się jak interaktywne muzeum, czyli takie, w którym obok eksponatów muzealnych jest trochę sprzętu z ekranami dotykowymi.

Kupno F-35 ma o tyle sens, że samoloty te mogą przełamać rosyjskie systemy przeciwdostępowe A2/AD w Obwodzie Kaliningradzkim. To konieczne, aby w razie potrzeby sojusznicy mogli przyjść nam z pomocą. Pytanie tylko, czy nie istotniejsze jest inwestowanie w to, aby sojusznicy przyszli nie po to, by odbijać Warszawę, ale by bronić Polski. Tymczasem my nadal nie mamy jak Warszawy bronić. Nie mamy też jak bronić samych F-35, bo jak nie mieliśmy systemu obrony przeciwlotniczej, tak mieć go nie będziemy. Zamiast ośmiu kupujemy zaledwie dwie baterie rakiet Patriot, a to oznacza, że nie zdołamy obronić naszych lotnisk.

Siły lądowe

Nasze śmigłowce bojowe to antyczne i praktycznie niezmodernizowane Mi-24. Po co modernizować, skoro zaraz kupimy następców? Tylko że o następcach jakoś nic nie słychać.

Śmigłowce transportowe prezentują się nieco lepiej, ale jest ich za mało. Mamy sporo klasycznej artylerii, która na Ukrainie pokazała, że potrafi skutecznie zwalczać kolumny pancerne przeciwnika i to jest jakiś plus.

Podjęto decyzje o zakupie artylerii dalekiego zasięgu HIMARS, ale po pierwsze to ułamek tego, co planowano kupić, a po drugie zamówiony zapas amunicji jest tak mały, że starczy na kilka ledwie salw. Podobno brakuje pieniędzy.

Dumą naszych sił lądowych są transportery opancerzone Rosomak. Niestety obok nich służą 50-letnie, zupełnie już bezbronne, bojowe wozy piechoty BWP-1.

Modernizacja czołgów Leopard, których zakup był jedną z najlepszych decyzji MON, jest powierzchowna, bo – znowu - brakuje pieniędzy.

Pieniędzy nie zabrakło jednak na zupełnie już kuriozalną modernizację czołgów T-72, których przywrócenie do służby ogłosił premier Mateusz Morawiecki. Kuriozalną, bo zamiast wzorem np. armii syryjskiej, która walczy z przeciwnikiem słabszym niż armia rosyjska, czołgi modernizować dodając im pancerz reaktywny, postanowiono wozy przywrócić do stanu sprzed mniej więcej 45 lat. To znaczy, że będą one całkowicie bezbronne w ewentualnym starciu z głęboko zmodernizowanymi rosyjskimi wersjami T-72, które od naszych wozów różnią się zainstalowanym pancerzem reaktywnym, zaawansowanym systemem kierowania ogniem, poprawioną stabilizacją działa, nowoczesną amunicją i zdolną do jej używania armatą, systemem ochrony aktywnej itd.

Nasze T-72 nie zostaną doprowadzone nawet do poziomu PT-91, czyli czołgów T-72, które zbudowaliśmy na początku lat 90. Przy czym o tym, że PT-91 były zbyt płytką modernizacją, mówi się mniej więcej od 20 lat. Mija 20 lat i do służby mają być wprowadzone czołgi, przy których PT-91 to wozy supernowoczesne.

Rząd zamierza przeznaczyć prawie 2 mld zł na doprowadzenie ponad 300 naszych T-72 do stanu, w którym żaden zdrowy na umyśle syryjski czołgista nie wyjechałby z bazy zwalczać islamistów. A te dwa miliardy można byłoby wydać na głęboką modernizację np. 150 wozów. Historii naszych T-72 poświęcam w tym tekście najwięcej miejsca, idealnie bowiem pokazuje, jak złe jest zarządzanie naszą armią.

Czytaj więcej: Ambasador Rosji dla Onetu: jeśli byście dali sobie spokój z teoriami spiskowymi o Smoleńsku, wrak tupolewa byłby już w Polsce

Siły specjalne

Dumą naszej armii – i słusznie - są siły specjalne. Problem polega na tym, że aby były one w stanie działać, konieczne jest przerzucenie ich za linie wroga. Do tego konieczne są nowoczesne śmigłowce, których nie ma. "Specjalsom" nie służą też rewolucje kadrowe, które regularnie od kilku lat fundują im politycy.

Stan naszej armii jest tragicznie zły. Siły zbrojne RP mają dwie drogi. Albo należy je zmniejszyć i solidnie wyposażyć, albo utrzymać ich wielkość i równocześnie skokowo zwiększyć nakłady. Tymczasem jest tak, że nikt nie ma odwagi podjąć żadnej, sensownej decyzji. Cywile armii tylko szkodzą, a generałowie stają się twardzielami dopiero po zdjęciu mundurów. Choć i tak wówczas mają tendencję do narzekania, że chcieli dobrze, ale im nie pozwolono.

(br)

Reklama
Reklama

WIĘCEJ OD MSN

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon