Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Za 20 lat świata, który znamy i lubimy, już nie będzie

Logo Onet Wiadomości Onet Wiadomości 2020-02-01 Janusz Schwertner
Łukasz Nowicki z Omarą, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Łukasz Nowicki z Omarą, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

Jeśli nic nie zrobimy, to świat, który znamy, zaraz się skończy. I to już nie jest tak, że my możemy pomagać. Teraz to my po prostu mamy taki obowiązek – mówi w rozmowie z Onetem Łukasz Nowicki, aktor i Ambasador Dobrej Woli UNICEF.

Na przełomie sierpnia i września UNICEF Polska zorganizował wyjazd polskiej delegacji do Nigru. Na miejscu był m.in. aktor Łukasz Nowicki, który od lat pełni w tej organizacji rolę Ambasadora Dobrej Woli. O wspomnieniach z wyjazdu i potrzebie pomagania rozmawia z nim dziennikarz Onetu – i równocześnie także uczestnik misji w Nigrze – Janusz Schwertner.

Janusz Schwertner: Ile ważyła twoja córka, jak się urodziła? 

Łukasz Nowicki: 3,5 kilograma.

A pamiętasz, ile ważyła Omara?

Gdy ją poznaliśmy – dokładnie 3,4 kg. Miała osiem miesięcy. Powinna ważyć co najmniej dwa razy tyle.

Poznaliśmy ją w CRENI, ośrodku dla skrajnie niedożywionych dzieci w Nigrze.

Pytasz o to, jakie wrażenie robi to na człowieku, który sam ma dzieci? Ogromne. Jest taki odruch, że automatycznie filtrujesz przez siebie to, co tam widzisz. Przypominasz sobie własne doświadczenia jako ojca. Porównujesz to. Od tego nie da się uciec.

Co pamiętasz z tamtego ośrodka?

Wiele. Na przykład wspaniałych, całkowicie oddanych sprawie lekarzy…

…jest ich dwóch. Tylko w ciągu sześciu miesięcy przyjęli 800 pacjentów.

Pracują w bardzo trudnych warunkach. I nie mówię tylko o wyposażeniu, które z punktu widzenia Europy jest koszmarne. Ci lekarze ratują innych, ale równocześnie narażają siebie. W ciągu 15 minut w tym szpitalu mogliby zjawić się terroryści z południa.

Jak byliśmy na miejscu, to powiedziałeś, że w Europie nikt do takiego szpitala nie chciałby wejść, a co dopiero w nim zostać i być tu leczonym.

Widać na zdjęciach, jak to tam wyglądało. Po zagrzybionych ścianach biegają jaszczurki, panuje wilgoć, na salach leży po kilkanaście albo kilkadziesiąt kobiet. Nie ma mowy o intymności. Gdzieś obok latają hordy much. Pomieszczenia są otwarte, powietrze jest gęste, panuje wielki upał.

Jedna wielka tragedia.

A równocześnie dla niektórych raj.

Właściwie tak. Raj dla tych, którym mimo wszystko udało się tam dotrzeć.

Pamiętasz nasze rozmowy z rodzicami Omary? Jej ojciec musiał pożyczyć pieniądze od sąsiadów, żeby zawieźć do szpitala swoją córkę. Z jego punktu widzenia była to olbrzymia suma. Później to przeliczyliśmy. Chodziło o 32 zł.

Dzięki temu Omara dostała szansę na przeżycie.

Wszystkie reguły, które znamy z Europy, tam nie mają zastosowania. Coś, co my uznamy za Sodomę i Gomorę, dla innych oznacza szansę. Masz rację, te pieniądze odmieniły los tego dziecka. A później pojawia się UNICEF. Wsparcie od ludzi, którzy przysyłają nam po 5 albo 100 zł. Tyle, ile mogą. To jest łańcuch: rodzina, darczyńcy, ci wspaniali lekarze tam na miejscu. Tak udaje się uratować czyjeś życie.

* W Nigrze jest aż 380 000 dzieci cierpiących w wyniku ciężkiego ostrego niedożywienia. Z powodu braku środków 60 proc. z nich nie otrzymało w tym roku żadnej pomocy. Pomóż na unicef.pl/niger *

Szpital w Nigrze, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Szpital w Nigrze, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

W Nigrze dzieci umierają z głodu każdego dnia.

Nasza godzinna rozmowa przy wodzie gazowanej i kawie równa się śmierć dziecka w Nigrze. To pewne. Doraźne ratowanie ludzkiego życia to priorytet. Ale chcę jedną rzecz powiedzieć bardzo wyraźnie: UNICEF już nie tylko ratuje dzieci, ale także cały świat.

Co masz na myśli?

Pamiętam, jak w którejś z wiosek zadaliśmy pytanie młodej matce: „czy nie lepiej mieć trójkę dzieci, zamiast siedmioro, skoro tak trudno wyżywić wam całą rodzinę”?. Bo ona przyznała nam wcześniej, że nieraz zdarzają się tygodnie, gdy przez trzy dni nie ma nic do jedzenia dla siebie, męża i swoich dzieci. Odpowiedziała, że mimo wszystko wolałaby większą gromadkę, żeby miał się kto nią opiekować na starość.

Co ciekawe, wcześniej powiedziała nam, że przez kilka lat stosowała implant antykoncepcyjny – właśnie po to, by uniknąć sytuacji, gdy cała rodzina będzie głodować. Ale później zmieniła zdanie.

O tym mówię. W jednej rozmowie kłócą się w niej sprzeczne uczucia. Racjonalizm podpowiada jej: „stop!”. Tradycja i wychowanie mówi: „wróć!”. Babcia miała ósemkę, matka miała ósemkę i ja też powinnam. Ona wierzy i w to, i w to jednocześnie. Na tym polega ten sposób myślenia, który trzeba zmienić. Edukacja, edukacja, jeszcze raz edukacja. Przekonywanie, że trójka zdrowych dzieci to lepsze rozwiązanie niż ośmioro dzieci żyjących w skrajnym niedożywieniu, często umierających chwilę po narodzinach.

* Omara ma 8 miesięcy, a waży zaledwie 3,4 kg. Dziewczynka umiera z głodu. Wejdź na stronę unicef.pl/niger i przekaż darowiznę *

Łukasz Nowicki w Nigrze, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Łukasz Nowicki w Nigrze, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

Powiedziałeś: UNICEF ratuje świat.

Jeśli nie zostanie powstrzymany nadmierny, nieprzemyślany przyrost naturalny, to za chwilę rodzić będą się kolejne dziesiątki milionów ludzi. Na takich terenach jak Niger nie zdołają przetrwać. Głód, brak wody – to wszystko zaprowadzi ich na północ. Za chwilę nie będzie jak się przed tym uchronić. Jeśli będzie trzeba, ci ludzie usypią mosty ze swoich ciał, jak w apokaliptycznej wizji. Świat, który znamy, zaraz się skończy. I to już nie jest tak, że my możemy pomagać. My już mamy taki obowiązek.

Przestałeś już tylko prosić, zacząłeś też ostrzegać.

W pewnym sensie tak. Ostatnio zastanawiałem się, czy nie powinniśmy wprowadzić nowego podatku. Nie wiem, co by to miało być, ale mogłoby się nazywać: „podatek na uratowanie Europy”. Jak fundusz solidarnościowy. To trzeba nareszcie sobie uzmysłowić: jeśli nie zaczniemy działać, to za 20 lat świata, który znamy i lubimy, już nie będzie. Dlatego też tak bardzo namawiam do wpłat na UNICEF, który jest nastawiony na długoletnią pracę edukacyjną i dokładnie wie, jak można mądrze pomagać na miejscu.

Chcesz powiedzieć, że pomaganie takim krajom jak Niger to dziś także inwestycja w samego siebie.

Tak. Już nie tylko w swoją dobroduszność. Od kilku lat trwa wielka dyskusja o uchodźcach. Ja nigdy nie bylem i nie jestem im przeciwny, ale chciałbym zaapelować do osób o przeciwnych poglądach: wpłaćcie też coś od siebie. Uważacie, że tym ludziom nie należy pomagać? Okej, ale przekażcie jakąś sumę po to, żeby ochronić swój własny świat. To wam się uda, tylko jeśli tamten daleki świat wspólnie uczynimy lepszym i bardziej znośnym do życia. 

Niger to miejsce abstrakcyjne. Miałeś takie skojarzenie: „kraj bez sensu”. 

Wiem, jak przygnębiająco to brzmi. To pewien skrót, ale faktycznie tak to odbieram. 98 proc. terytorium tego kraju zajmuje pustynia. Człowiek zawsze idzie tam, gdzie znajduje sprzyjające warunki do życia. Tam, gdzie jest dostęp do wody, transportu, pożywienia. Ziemia w Nigrze tego nie oferuje. Spotykasz tu ludzi, którzy nie mają przed sobą żadnych perspektyw i żadnej nadziei na wyrwanie się z biedy. 

Jeździliśmy nie tylko po małych wioskach. Widzieliśmy też stolicę tego państwa, Niamey. 

To miasto dla wielu Nigerczyków jest Edenem. Obietnicą lepszego życia. Ale przysięgam na wszystkie świętości: brzydszego miasta w życiu nie widziałem. Nie zapomnę tych naszych rozmów z mieszkańcami wiosek, gdy mówili, że marzą, by wyjechać do Niamey. Bo wtedy mieliby szansę na zdobycie pracy i opuszczenie swoich baraków i slamsów. Dla nich ten Niamey to jak dla nas Las Vegas albo Monte Carlo. 

Chodziliśmy po tym mieście. Nie ma tam nic. 

Nie ma żadnego rynku, skweru, żadnej ulicy handlowej. Rozglądasz się i nie widzisz tam historii. Prawie wszędzie jakaś jest, a tam nie. Nie dostrzeżesz w tym miejscu nawet historii kolonializmu. Widziałeś tam jakikolwiek budynek, który by cię zainteresował? 

Jedynie hotel Radisson, otoczony murem i chroniony przez strażników. A mówiąc poważnie: nic nie widziałem, to był obraz beznadziei. 

To pokazuje, jaki był stosunek do tego kraju. Człowieka kształtuje piękno. Piękne przedmioty, pejzaże, architektura. My tam zastaliśmy tylko wyjałowioną ziemię i smutny, płaski obraz. Są kraje, które żyją wspomnieniami, nawet z najdalszych epok. A Niger nie ma żadnego punktu odniesienia. Stąd to okrutne sformułowanie: „kraj bez sensu” – i tak jest traktowany przez wszystkich. 

Tych budynków nikt tam nie wybudował. Mówimy „nikt”, a mamy na myśli kolonizatorów. Francuzi Niger traktują tylko jako darmowych producentów uranu. I pasuje im, że jest jak jest.

Jeśli szukać czegoś pozytywnego, to poza dobrymi i życzliwymi ludźmi, którzy tam żyją, faktycznie jest jeszcze uran. Dysponują czymś, co choćby odrobinę mogłoby poprawić ich egzystencję. I kto położył na tym łapę? Kolonizatorzy. Dochody z tego uranu w większości czerpią Francuzi. Jeszcze jeden dowód na bezsens, który tam panuje.

Podobnie pisze o tym Martin Caparros w swoim słynnym reportażu o głodzie na świecie. Był w Nigrze i opisywał, jak bardzo ten kraj jest wykorzystywany.

To jest jak z dilerem. Dwa lub trzy razy daje klientowi kokainę za darmo. Jak fajny kumpel. Potem już nie możesz bez niego żyć. W tym rozdaniu Francja jest dilerem. Ten kraj jest niszczony, drenowany, a jak pojawiają się terroryści, to Francuzi lądują w sąsiednim Mali i ogłaszają, że zaraz przyjadą i będą ich ratować. Okropny cynizm.

To w zasadzie historia Afryki w pigułce.

Wystarczy poczytać, co na tym kontynencie robili Anglicy, Niemcy i wszyscy inni. Poznać historię Tanzanii, Namibii, Rwandy i innych państw. Przypomnieć sobie, co robił król Leopold w Kongo. My czuliśmy się tam panami życia i śmierci. Wielcy tego świata brali linijkę, ołówek, rysowali sztuczne granice, dzielili tereny, mając gdzieś konkretnych ludzi. To, co dzieje się obecnie w Nigrze, też jest konsekwencją tego, co przez lata wyprawiali w Afryce Europejczycy.

Caparros mówi o Nigrze jako o wielkim wyrzucie sumienia współczesnego świata.

To się wszystko dzieje tu i teraz. Nie mówimy o przeszłości. Żyjemy w cynicznym, obrzydliwym świecie. I dobrze, być może Polacy powiedzą: „hello, my nie jesteśmy winni temu, co dzieje się w Afryce”. To prawda, to nie my jesteśmy winni. Ale jak pomyślimy o zmianach klimatycznych, które pustoszą świat, to już swoją winę odnajdziemy. Dlatego wracam do tego „podatku”, do tego obowiązku solidarnego pomagania. Czucia się odpowiedzialnym za powstrzymanie katastrofy, która nadciąga. 

Łukasz Nowicki z Omarą, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Łukasz Nowicki z Omarą, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska  

Żeby nie było, w Nigrze staraliśmy się szukać też jakiegoś sensu.

Mam w głowie spotkania z tamtejszymi feministkami. Chyba mogę takiego słowa użyć. Nigerskie kobiety, które mają swoje zdanie i ewidentnie mówią: „dość!”. Chcą decydować o sobie, świadomie planować potomstwo, promują antykoncepcję. Na mnie to zrobiło olbrzymie wrażenie.

Jak wspominasz ten cały wyjazd?

W jakimś paranoidalnym sensie byłem nim zachwycony. Poczułem go w trzewiach, bardzo emocjonalnie. Przede wszystkim zobaczyłem naprawdę autentyczne zaangażowanie i pracowitość ludzi, którzy pracują tam w terenie. Byłem w wielu miejscach na świecie, naoglądałem się najróżniejszych, często bardzo smutnych obrazów, ale po raz pierwszy zobaczyłem aż tak oddanych swojej pracy ludzi. Jestem cholernie wyczulony na fałsz, może dlatego, że to jest związane z moim zawodem. Wyczuwam nieprawdziwe sytuacje, potrafię rozpoznać, czy ktoś jest autentyczny, czy udaje. W Nigrze widziałem szczerych, prawdziwych ludzi.

Masz na myśli lokalnych pracowników UNICEF?

Ostatniego dnia zauważyliśmy, że nasz tłumacz Abdou jest strasznie słaby, wykończony, był mocno spocony. Dopiero później przyznał się, że dostał ataku malarii. W Europie nikt by nie pomyślał, by chociaż na centymetr ruszyć się z domu! A on wstał rano i przyjechał do pracy. Oni wszyscy tacy tam byli. Ten poziom zaangażowania i oddania sprawie budzi mój wielki szacunek.

Ludzie często zastanawiają się, czy tak wielkie organizacje jak UNICEF niosą autentyczną pomoc w najdalsze zakamarki świata. I czy można im ufać.

Kiedyś sam chciałem pomagać na własną rękę, na wiele sposobów. Pojechałem do Etiopii, Zimbabwe, Zambii, Ugandy. Kupowałem słodycze, zeszyty, kredki i chciałem być jednoosobową instytucją niosącą pomoc. W kolejnych wioskach wywoływałem tylko kłopoty, kłótnie, raz przeze mnie omal nie doszło do zamieszek. Starsze dzieci wyrywały przedmioty młodszym, dochodziło do przepychanek. Nikomu nie pomogłem, a jeszcze zaszkodziłem. Nie, to nie ma sensu. W takich miejscach mogą pomagać tylko ci, którzy się na tym znają. Nie zrobimy tego sami, to utopijne myślenie.

Możesz ręczyć za UNICEF?

Mogę powiedzieć o tym, co widziałem na własne oczy: na miejscu pracują ludzie uczciwi, wierzący w sens tego, co robią. Specjaliści, którzy wiedzą, jak, do kogo i w jakiej kolejności nieść pomoc. Ufam im.

Jaka wiadomość z Nigru by cię ucieszyła?

Już taką dostałem. Omara żyje. Jej stan jest stabilny.

Szpital w Nigrze, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Szpital w Nigrze, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

Matki w Nigrze stoją przed śmiertelną pułapką: albo same odmówią sobie pożywienia i oddadzą dzieciom – ale wtedy nie będą zdolne rodzić kolejnych, zdrowych – albo same będą jadły i wtedy ich dzieci, które już są na świecie, będą głodować.

Mówimy o miejscu, gdzie zagrożenie życia dziecka może wystąpić jutro, za godzinę albo teraz, zaraz. Jest tam 380 tys. niedożywionych dzieci! Wiele dzieciaków, które widzieliśmy, z pewnością już nie żyje. Dlatego doraźna pomoc potrzebna jest natychmiast. Ale wrócę do tego, co powiedziałem wcześniej: jest we mnie przekonanie, że kluczem jest edukacja. I o tym chcę mówić równie głośno.

Cholernie trudne zadanie.

Potrzebne są pieniądze, wykwalifikowani pracownicy, ale i jeszcze coś: przeciwstawienie się nieraz wieloletnim tradycjom, przyzwyczajeniom, zabobonom. Zrozumienie, że czasami mniej znaczy więcej. Owszem, w pierwszej kolejności ratujemy ludzkie życia, ale ja chcę – na ile mogę jako Ambasador Dobrej Woli UNICEF - dodatkowo budzić ten świat i mówić wprost: wszyscy powinniśmy czuć się za to odpowiedzialni. Powtórzę: dziś nie odwołujemy się już tylko do serc, ale też do logiki.

O czym się rozmawia z ludźmi podczas takich wyjazdów?

Często jest to edukacja na bardzo podstawowym poziomie. Choćby kwestia karmienia piersią. Jak wspomniałeś: kobiety często nie karmią tam same dzieci, bo są niedożywione i nie mają pokarmu. W związku z tym odpuszczają. Zresztą zwykle po urodzeniu dziecka idą pracować na roli. UNICEF jeździ i tłumaczy, że to błędne koło.

Towarzyszy ci przeświadczenie, że rozmowy o Nigrze są bardzo trudne?

Tak. Bo zawsze w tego typu dyskusjach na końcu powinno pojawić się pytanie: co dalej? Jakie jest rozwiązanie? Wiem jedno: pewne mechanizmy ogólnoświatowe muszą się zmienić. Nie udźwigniemy już tego zbyt długo. Ostatnio cały bogaty świat spotkał się w Davos. Dwudniowa wizyta Donalda Trumpa kosztowała 5,5 mln dolarów. Tyle zapłacono za dwa dni! A w zeszłym roku odwołał swój wyjazd. Teraz też by mógł. Co takie pieniądze oznaczałyby dla wiosek w Nigrze? Pewnie darmową edukację dla dzieci na kolejnych kilkanaście lat. Jedna dwudniowa wizyta Trumpa! Jeśli nie uzmysłowimy sobie tego, co się dzieje, to dojdzie do apokalipsy. Nie wiem kiedy. Może za dziesięć lat, może za czterdzieści.

Wyposażenie szpitala, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Wyposażenie szpitala, fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

Rozumiesz ludzi, którzy widzą apele o pomoc dla Afryki, ale uznają, że to nie jest ich sprawa?

Tak. Rozumiem ich. Mają prawo poczuć, że akcji charytatywnych jest dużo, że oni w jakiś sposób pomogli już tutaj, na miejscu, w Polsce, i że tyle wystarczy.

A jednak nadal prosisz ich o wsparcie.

Ktoś powie: „taki jest świat, to nie moja wina, ja tego świata nie zbawię”. Ale mimo to staram się przekonywać dalej. Może z tym pomaganiem jest jak z wychowywaniem dzieci? Może warto uczyć odpowiedzialności za siebie i innych? Być może jesteśmy w stanie odłożyć 5 proc. naszych miesięcznych wydatków na pomoc, część dla Polski, część dla świata? Nikogo nie zmuszę do tego siłą. I nawet nie chcę tego robić. Zachęcam tylko, żebyśmy jednak czuli się częścią tego świata. I zrozumieli, że niektóre grzechy – nawet te niezawinione przez nas – w końcu i tak stają się naszą rzeczywistością.

Objechałeś kawał świata, nim byłeś w Nigrze. Umiesz po tych wszystkich wyjazdach być optymistą?

Szczerze? Jestem już trochę przygnieciony, zmęczony tym, co widziałem na świecie. Naoglądałem się nieprawdopodobnego cierpienia, ale przygnębia mnie to, że niewiele się zmienia. Od dwudziestu lat widzę, że jest tak samo albo coraz gorzej. Powiem ostatni raz o tej edukacji: w nią najbardziej wierzę. Nie tylko w edukację tam, w dalekiej Afryce, ale też tu: w Europie, w Polsce.

Fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska © Materiały prasowe Fot. Iwona El Tanbouli-Jabłońska

Jak się dużo jeździ po świecie, to z jednej strony widać niesamowitą biedę, a z drugiej nieprawdopodobny rozwój. To może przygnębiać.

Świat umie już pozyskiwać wodę pitną przy wykorzystaniu energii solarnej. Umie tworzyć rośliny zdolne do przetrwania największych upałów. A równocześnie wszyscy godzimy się na głód, który pustoszy całe kraje. Pytasz mnie o optymizm. Jeśli mam na coś nadzieję to tylko na to, że w końcu się obudzimy.

W Nigrze widzieliśmy też wiele zła. Mieliśmy rozmowy z młodymi kobietami, które były zmuszane do małżeństw, do rodzenia dzieci w wieku 13, 14 lat… Ludzie w Polsce mają prawo pomyśleć: skoro oni tam sami urządzają sobie piekło, to dlaczego my mamy im pomagać? Gdyby takie pytanie zadała ci pani Barbara albo pan Tadeusz, który zechciałby wspomóc UNICEF, ale się waha…

Powiedziałbym pewnie: panie Tadeuszu, pani Barbaro, tu Łukasz Nowicki, jestem Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. To organizacja wspierająca dzieci. D-Z-I-E-C-I. To nie one są sprawcami tych wszystkich rzeczy. To nie one chcą rodzić i brać ślub, gdy mają 13 lat. To nie one każą brać śluby innym. To roczne i półroczne dziecko nie jest niczemu winne. Proszę mi wierzyć, nie prosiło się na ten świat. Nigdy nie powiedziało: „chcę żyć w Nigrze”. Gwarantuję, że gdyby mogło, wybrałoby Paryż, Berlin albo Warszawę. Tylko że jemu nie dano wyboru. UNICEF jest organizacją, która ratuje dzieci przed śmiercią, chorobą, cierpieniem. Z tym nie ma dyskusji. To jest bardzo prosty komunikat.

Zobacz również:

NASTĘPNY
NASTĘPNY

Roman Giertych Następny artykuł

Giertych o onkologii i nowych torebkach Holeckiej oraz Ogórek. Jest reakcja prezenterki TVP

Reklama
Reklama

WIĘCEJ OD MSN

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon