Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Jak rozliczono nazizm

Logo Rzeczpospolita Rzeczpospolita 2020-02-14 Paweł Łepkowski

Widok na samochód Adolfa Hitlera. Soesterberg, Holandia, 13.02.2020 © EPA/SEM VAN DER WAL Dostawca: PAP/EPA Widok na samochód Adolfa Hitlera. Soesterberg, Holandia, 13.02.2020

Niemcy do dziś nie rozliczyły się należycie ze zbrodni wojennych, a tysiącom przestępców w ucieczce przed sprawiedliwością pomogły po wojnie różne organizacje i instytucje Republiki Federalnej Niemiec.

11 marca 1942 r. dr Henry Picker, osobisty stenograf Adolfa Hitlera, zanotował słowa swojego szefa: „Berlin jako stolica świata będzie porównywalny tylko ze starożytnym Egiptem, Babilonem czy Rzymem. Czymże będzie w porównaniu z nim Londyn czy Paryż?”.

W urojonej wizji świata Hitler postrzegał III Rzeszę jako największe imperium w historii – Germanię – z wyselekcjonowaną i nieskazitelną rasą panów. W tej chorej wizji przyszłości Europa Wschodnia odgrywała szczególnie ważną rolę. Jej zasoby zostały przewidziane jako zaplecze gospodarcze Wielkich Niemiec, które od dnia zwycięstwa miały stać się ziemią świętą aryjskich nadludzi.

Już w 1940 r. na polecenie Hitlera Alfred Rosenberg zaczął przygotowywać plany kierowania nowym i jedynym światowym imperium, jakim miała być „tysiącletnia” Rzesza. Ten urodzony w estońskim Rewlu główny ideolog narodowego socjalizmu był największym propagatorem koncepcji Lebensraumu – zdobycia „przestrzeni życiowej” dla narodu niemieckiego. Jej faktycznym twórcą był XIX-wieczny geograf Friedrich Ratzel, który sformułował siedem zasad ekspansjonizmu niemieckiego. Pierwsza z nich mówiła, że „przestrzeń państwa rozszerza się wraz z rozwojem jego kultury”. W opinii nacjonalistów niemieckich kultura germańska napotykała na wschodzie na opór Słowian. Dlatego ekspansjonizm niemiecki wiązał się nieuchronnie z fizyczną eliminacją narodów słowiańskich. „Zasadniczo chodzi więc o to – podkreślał Hitler – by ten ogromny bochen poręcznie pokroić, byśmy mogli go, po pierwsze, opanować, po drugie, zarządzać, a po trzecie, eksploatować. Nie może też być mowy o utworzeniu kiedykolwiek potęgi militarnej na zachód od Uralu, choćbyśmy musieli walczyć o to sto lat. Żelazną zasadą musi być i pozostać, żeby nigdy nie pozwolić, by broń nosił ktokolwiek inny niż Niemiec!”.

Wygrana III Rzeszy w II wojnie światowej oznaczała eksterminację lub zniewolenie milionów ludzi w całej Europie. Pierwszym etapem ludobójstwa była eksterminacja wszystkich Żydów żyjących dotychczas między Grenlandią a Uralem. Szacuje się, że spośród 9,6 mln europejskich Żydów, Niemcy zabili 5,7 mln. Kolejna, znacznie bardziej skomplikowana faza ludobójstwa niemieckiego, przewidywała zagładę 30 milionów Słowian. Ci, którzy by przeżyli, mieli stanowić niewyczerpany rezerwuar siły roboczej do pracy niewolniczej.

23 lipca 1942 r. SS-Obergruppenführer Martin Bormann, prywatny sekretarz Hitlera, napisał w liście do ministra Rzeszy dla okupowanych terytoriów wschodnich Alfreda Rosenberga: „Słowianie mają dla nas pracować. Gdy nie będą nam potrzebni, mogą umrzeć. Dlatego obowiązek szczepień i niemiecka opieka zdrowotna są zbędne. Edukacja jest niebezpieczna. Wystarczy, by umieli liczyć do stu. Dopuszczalna jest edukacja co najwyżej w takim stopniu, by mogli być dla nas przydatni. Jeśli chodzi o zaopatrzenie, mają dostawać tylko to, co jest zupełnie niezbędne”. Aby odebrać narodom słowiańskim ich tożsamość narodową, Hitler zamierzał zrównać z ziemią większość polskich i rosyjskich miast. Taki los spotkać miał w pierwszym rzędzie Warszawę i Leningrad.

Ale nie tylko cudzoziemców spotkałyby straszne prześladowania. Do blisko 180 tys. niemieckich ofiar nazizmu dołączyłoby znacznie więcej przedstawicieli „rasy panów”. Życie wszystkich Niemców, od noworodków po mieszkańców domów starców, zostałoby podporządkowane NSDAP. Partia i jej brutalne służby regulowałyby każdy aspekt życia i reglamentowałyby wszystkie dobra w zależności od przebiegu służby dla państwa. Już pod koniec 1939 r. Hitler planował wprowadzenie radiofonii przewodowej, aby zlikwidować możliwość słuchania przez Niemców stacji zagranicznych.

Po wygranej wojnie Bormann i Rosenberg planowali zlikwidować wszystkie kościoły, a duchowieństwo zaliczyć do tej samej kategorii ludzi, co Żydzi i Słowianie. W każdym niemieckim domu w miejsce Biblii miało się znaleźć „Mein Kampf” Hitlera. Brednie o mitycznych germańskich pradziejach miały zastąpić chrześcijaństwo, co, jak tłumaczył w swoim dzienniku Rosenberg, „zastąpiłoby ustępującą tradycję biblijną tradycją lepszą i znacznie starszą”. W tym celu główny ideolog nazizmu planował nawet zbudować w Monachium Instytut Indo-Germańskiej Historii Ducha. Wspominał też o „sporze z liczącą dwa tysiące lat instytucją”, za którą chciał się wziąć wspólnie z Himmlerem zaraz po wygranej. Pierwszym krokiem miało być wybranie antypapieża, którym byłby jakiś hiszpański ksiądz. Odtąd centrala podporządkowanego Berlinowi Kościoła katolickiego znajdowałaby się w Toledo.

Od lat toczy się spór, i to nie tylko wśród historyków, czy Niemcy zostali należycie ukarani za swoje zbrodnie w czasie II wojny światowej. Fundamentem licznych procesów i śledztw był wyrok Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Norymberdze, który uznał większość instytucji państwowych Trzeciej Rzeszy za organizacje przestępcze, depczące prawo międzynarodowe.

Osią procesu było oskarżenie kierowników, organizatorów, podżegaczy i pomocników nazizmu w układaniu planu mającego na celu popełnienie zbrodni przeciw pokojowi. Oskarżonym postawiono zarzut przestawienia gospodarki niemieckiej na potrzeby uzbrojenia machiny wojennej oraz o napad na Polskę, Holandię, Belgię, Danię, Norwegię, Luksemburg, Jugosławię, Grecję i Związek Radziecki. Niemcy naruszyli bądź złamali 36 międzynarodowych umów i 64 gwarancje międzynarodowe, w tym konwencje haskie z lat 1899 i 1907 oraz traktat o wzajemnych gwarancjach podpisany w 1925 r., w Locarno. Złamane zostały także liczne konwencje arbitrażowe i koncyliacyjne Niemiec, a także pakty o nieagresji, w tym układ monachijski z 1938 r.

W historiografii często spotyka się określenie „niemieckie zbrodnie na Wschodzie”. Tymczasem terroru doświadczali także mieszkańcy zachodniej i południowej Europy. Oblicza się, że z 228 tys. Francuzów wywiezionych do niemieckich obozów koncentracyjnych wojnę przeżyło zaledwie 28 tysięcy. Niemcy popełnili niezliczone zbrodnie w Grecji, Jugosławii, a nawet w sojuszniczych Włoszech. Republika Federalna Niemiec nigdy nie odpowiedziała za wielki głód oraz masakry dokonane przez Wehrmacht we wsiach Kandanos i Kondomari na Krecie. Tam mężczyzn rozstrzeliwano, a kobiety, dzieci i starców, w tym kapłanów Kościoła greckiego, palono żywcem. Kierujący masakrą generał Kurt Student żył spokojnie w Niemczech Zachodnich aż do 1978 r. W 1952 r. został nawet prezesem Związku Niemieckich Spadochroniarzy.

Skala ludobójstwa była jednak najbardziej przerażająca w Polsce i w ZSRR, gdzie liczby ofiar idą w miliony. Nie sposób wyliczyć wszystkich egzekucji ulicznych, pacyfikacji wsi, likwidacji polskiej inteligencji, wysiedleń ludności, wywózek do obozów koncentracyjnych czy pracy przymusowej.

W czasie okupacji niemieckiej w latach 1939–1945 na każdy tysiąc mieszkańców zabito 220 osób. W niemieckich kazamatach zamordowano ponad 80 proc. polskiej inteligencji. W czasie wszystkich wojen, jakie przetoczyły się przez Polskę w jej tysiącletniej historii, zginął zaledwie ułamek liczby ludności zabitej przez Niemców w latach 1939–1945. Rzeczpospolita straciła 38 proc. przedwojennego majątku narodowego. Utraciliśmy 90 proc. dóbr kultury narodowej i 90 proc. infrastruktury przemysłowej. Czytając „Sprawozdanie Biura Odszkodowań Wojennych w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski 1939–1945”, sporządzone w 1947 r. przez Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów, trudno oprzeć się refleksji, że okupacja niemiecka nie ma odpowiednika w jakiejkolwiek katastrofie humanitarnej w naszych dziejach.

Czy Niemcy zapłacili za swoje straszliwe zbrodnie? Wielu historyków uważa, że zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości poniósł całkowitą klęskę po 1945 r. Niemiecki historyk Wolf Kaiser, współautor książki „Amnestia, wyparcie ze świadomości, ukaranie”, podkreśla, że „liczbę ofiar niemieckiego nazizmu, nie licząc zabitych podczas bezpośrednich działań wojennych, szacuje się na około 13 milionów. Za bezpośrednich sprawców zbrodni uważa się 200 tys. osób. Niemiecka prokuratura wdrożyła postępowanie przeciwko 87 tys. podejrzanych. Przygniatająca większość – niemal 80 tys. z nich, nigdy nie została skazana”.

W 1982 r. po raz pierwszy sporządzono bilans niemieckich procesów złapanych zbrodniarzy wojennych. Zaledwie 6 456 z 200 tys. oskarżonych otrzymało w RFN wyroki skazujące. Z tej liczby niemieckie sądy skazały na dożywocie (które było najwyższym wymiarem kary w RFN) zaledwie 182 nazistów. Jak podkreślał Kaiser, do chwili obecnej liczba skazanych wzrosła do zaledwie 7 tys. „13 mln ofiar i 182 skazanych morderców. Trudno o bardziej deprymujący bilans” – ocenił Kaiser, podczas prezentacji swojej książki w berlińskim muzeum Topografii Terroru.

Już w czerwcu 1949 r., zaledwie kilka dni po utworzeniu Republiki Federalnej Niemiec, ogłoszono pierwszą amnestię dla nazistów. Dwa lata później, mimo protestów zagranicznej opinii publicznej, ułaskawiono zbrodniarzy skazanych po wojnie przez sądy amerykańskie. Wolf Kaiser uważa, że przyczyną tej haniebnej decyzji była konieczność zasilenia Bundeswehry w doświadczonych oficerów. W ramach tej karygodnej polityki darowania win mordercom Bundestag ogłosił w 1954 r. drugą amnestię, a w 1960 r. nastąpiło przedawnienie wszystkich morderstw, w tym także tych dokonanych z premedytacją.

Niemiecki historyk Johannes Tuchel wykazał, że RFN nie wprowadziło w życie prawa ustanowionego w procesach norymberskich. „Przy próbie rozliczenia się ze zbrodniami zawiedliśmy po 1945 r. jako społeczeństwo – podkreśla Tuchel. – Nie można mówić eufemistycznie o wyniku niesatysfakcjonującym, to jest po prostu skandal”.

W 2009 r. w Wielkiej Brytanii ukazała się książka pisarza i dziennikarza Guya Waltersa „Hunting Evil”, w której autor dowodzi, że dzięki cichej pomocy niemieckich służb granicznych, ambasad, przedstawicielstw handlowych i organizacji pozarządowych kary uniknęło ponad 30 tys. niemieckich przestępców wojennych, w tym tacy zbrodniarze jak sadystyczny lekarz z Auschwitz Joseph Mengele.

Czy zatem większość hitlerowskich zbrodniarzy i ich pomocników uniknęła kary? Na pewno kara wymierzona przez niemieckie sądy była skandalicznie niska wobec skali ludobójstwa. Trudno jednak uznać, że wszyscy zbrodniarze szczęśliwie wywinęli się spod karzącej ręki sprawiedliwości.

Już w listopadzie 1943 r. Stalin, Churchill i Roosevelt zastanawiali się w Ambasadzie Radzieckiej w Teheranie, co po wojnie zrobić z niemieckim korpusem oficerskim. 29 listopada amerykański dyplomata Charles Bohlen zanotował: „Stalin uważa, że należy opracować skuteczne środki, które zapobiegną odrodzeniu się Niemiec za 15 czy 20 lat. Jednym z warunków służących osiągnięciu tego celu musi być fizyczna likwidacja co najmniej 50 tysięcy, a może nawet, jeśli zajdzie potrzeba, to i stu tysięcy członków niemieckiej kadry przywódczej”. Słysząc tę propozycję, Churchill oświadczył, że przestępcy wojenni muszą co prawda zapłacić za swoje czyny, ale „zgodnie z postanowieniami deklaracji moskiewskiej powinni zostać osądzeni w krajach, w których dopuścili się zbrodni”.

Warto zaznaczyć, że prezydent USA Franklin D. Roosevelt dorzucił do tej rozmowy, że „trzeba rozstrzelać 49 tysięcy albo i więcej niemieckich oficerów”. Większość osób siedzących przy stole przyjęło tę uwagę jako żart. Nie wiemy, czy Roosevelt zdecydowałby się na takie rozwiązanie, ponieważ zmarł na krótko przed zakończeniem wojny. Pewne jest jednak, że już wtedy, pod koniec 1943 r., alianci rozważali, jak ukarać niemieckie ludobójstwo.

Początkowo wymierzaniem sprawiedliwości zajęło się wojsko sprzymierzonych. Niewiele dzisiaj wiemy o wydanym przez generała George’a Pattona rozkazie rozstrzelania niemieckich jeńców na Sycylii i Półwyspie Apenińskim, o którym w jednej ze swoich kontrowersyjnych książek wspominał brytyjski historyk David Irving.

29 kwietnia 1945 r. amerykański operator filmowy George Stevens uwiecznił wydarzenie, które do dzisiaj wzbudza dyskusję wśród historyków. W obozie koncentracyjnym Dachau amerykańscy żołnierze ujrzeli sceny, które przyprawiły ich o dreszcze. Przed wkroczeniem Amerykanów obozu pilnowało 560 rzekomo nieuzbrojonych żołnierzy Wehrmachtu, którzy twierdzili, że przejęli kontrolę nad obozem od uciekających esesmanów. Do dzisiaj nie jesteśmy pewni, czy byli to naprawdę żołnierze Wehrmachtu, czy przebrani esesmani. Faktem pozostaje, że Amerykanie, wstrząśnięci tym, co ujrzeli, w przypływie oburzenia ustawili pod murem 358 Niemców, których rozstrzelał z karabinu maszynowego pewien porucznik z 15. pułku 45. Dywizji Piechoty 7. Armii USA. Amerykanie pozwolili zdrowym i silnym więźniom zatłuc łopatami kilkudziesięciu esesmanów. Podejrzewa się, że tego dnia zabito łącznie wszystkich 560 strażników.

Agresja rodziła agresję. Od 1943 r. niemieccy żołnierze zaczęli poznawać piekło, które sami wcześniej stworzyli. Z 250 tys. Niemców pojmanych w czasie bitwy stalingradzkiej do domu wrócił tylko co dziesiąty. Zachowały się także filmy dokumentalne ukazujące bicie jeńców niemieckich w 1944 r. przez mieszkańców miast włoskich zajętych przez armię amerykańską. Operatorzy amerykańscy nakręcili kolumny wojsk niemieckich opuszczające Czechy. Kamera ukazuje leżących wzdłuż drogi skatowanych Niemców, prawdopodobnie pobitych przez czeskich bojowników. Podobne zdjęcia zachowały się także z Norwegii, Holandii i Francji.

Polacy mieli duży wpływ na przyjęcie wspólnej deklaracji państw alianckich o konieczności powołania międzynarodowych trybunałów do ukarania niemieckich zbrodni wojennych. Już w listopadzie 1941 r. rząd polski na uchodźstwie zorganizował pod przewodnictwem ambasadora RP w Londynie Edwarda Raczyńskiego konferencję przedstawicieli rządów na uchodźstwie dziewięciu okupowanych państw: Belgii, Czechosłowacji, Francji, Grecji, Holandii, Jugosławii, Luksemburga, Norwegii i Polski. Jej uczestnicy przyjęli na siebie obowiązek gromadzenia dowodów o popełnianych przez Niemców zbrodniach. W styczniu 1942 r., w pałacu św. Jakuba w Londynie, odbyła się kolejna konferencja pod przewodnictwem polskiego premiera Władysława Sikorskiego, na której przedstawiono zgromadzone dowody niemieckiego bestialstwa, jakiego nigdy wcześniej nie znała ludzkość. Jako obserwatorów zaproszono przedstawicieli USA, Wielkiej Brytanii, Chin, Australii, Kanady, ZSRR, Nowej Zelandii, Afryki Południowej i Indii. Uczestnicy przyjęli wspólną deklarację, w której powołując się na konwencję haską, za jeden z głównych celów wojny ustalono: „ukaranie drogą zorganizowanego wymiaru sprawiedliwości tych, którzy są winni przestępstw […] – niezależnie od tego, czy zbrodnie te zostały dokonane na ich rozkaz, przez nich osobiście lub przy ich udziale w jakiejkolwiek formie”. Oznaczało to, że od tej pory każdy bierny lub czynny uczestnik akcji przestępczej łamiącej konwencje haskie będzie ponosił odpowiedzialność.

Najważniejsze, że uznano konieczność postawienia przed jakąś formą trybunału międzynarodowego przywódców III Rzeszy i wykonawców najcięższych przestępstw przeciw ludzkości. Pozostali sprawcy mieli być sądzeni w krajach, gdzie popełniono przestępstwa.

Sprawiedliwość, a w zasadzie jej wykoślawiona odmiana dokonywała się głównie rękoma zwykłych żołnierzy. Już w czasie kampanii 1940 r. pojawiały się doniesienia z frontu, że zdarzają się nieliczne przypadki zabijania przez Francuzów niemieckich jeńców, ale dopiero rozpoczęta w maju 1945 roku épuration légale – masowa akcja oczyszczania wyzwolonej Francji z tysięcy obywateli oskarżonych o kolaborację z hitlerowcami oraz z niemieckich niedobitków miała już charakter prawdziwej czystki. W przeciwieństwie do procesów norymberskich épuration légale była wewnętrzną sprawą Francji.

Już w Teheranie przywódcy trzech mocarstw alianckich ustalili, że zbrodnie dokonane na terytorium państw okupowanych będą karane w tych wyzwolonych krajach. Francuski wymiar sprawiedliwości zbadał około 300 tys. przypadków kolaboracji, szczególnie tych osób, które pracowały dla rządu Vichy. Należy podkreślić, że ponad połowa podejrzanych została zamknięta bez oskarżeń i poddana brutalnym przesłuchaniom. Od 1944 r. do 1951 r. francuskie sądy wydały aż 6 763 wyroków śmierci za zdradę ojczyzny i inne przestępstwa wojenne, w tym m.in. za donoszenie do Gestapo na obywateli francuskich żydowskiego pochodzenia. Mimo tak dużej liczby orzeczeń kary śmierci, w rzeczywistości wykonano zaledwie 791 egzekucji, w tym głównie wysokich rangą funkcjonariuszy Vichy z premierem Pierre’em Lavalem na czele. Po 1945 r. aż 49 733 osoby zostały pozbawione praw obywatelskich.

Nie dla wszystkich we Francji wyzwolenie było czasem radości. Kiedy administracja niemiecka upadła, ale nie okrzepła jeszcze nowa legalna władza, przez Francję przelała się fala sądów kapturowych i nielegalnie orzeczonych egzekucji, publicznych upokorzeń, napaści i zatrzymań osób podejrzanych o kolaborację. Historycy francuscy nazwali ten okres „czasem dzikiego oczyszczenia”. Sądy Sprawiedliwości – jak nazywały się samozwańcze trybunały – ogłosiły ok. 6 760 wyroków śmierci, w tym aż 3 910 zaocznie i tylko w 2 853 przypadkach w obecności oskarżonego. Po przejęciu władzy przez generała Charlesa de Gaulle’a aż 2 853 z tych wyroków, czyli 73 proc., zostało zmienionych przez nowego przywódcę państwa. Ponadto trybunały wojskowe wydały 770 wyroków śmierci, stąd też całkowita liczba osób straconych przed wyzwoleniem i po nim wyniosła około 10 500 osób.

Francuskie egzekucje kolaborantów zostały skrytykowane w późniejszych latach jako „ślepa zemsta”. Zwolennicy ideologii Pétaina nazwali nawet tę czystkę „czerwonym terrorem”. W 1960 r. znany dziennikarz śledczy Robert Aron oszacował liczbę straconych na 60 tys. osób.

Mimo że historycy uważają ją za znacznie zawyżoną, to rozbieżności między wyliczeniami Arona a badaniami historycznymi wskazują, że wiele egzekucji dokonano prawdopodobnie „na własną rękę” i nie zostały one wpisane do oficjalnych statystyk.

Jeszcze mniej wiemy o liczbie zgładzonych jeńców niemieckich. Francuzi, podobnie jak Rosjanie, nie patyczkowali się z ludźmi, którzy przez cztery lata siali terror w ich kraju. Istnieje wiele relacji żołnierzy amerykańskich, którzy widzieli egzekucje wykonywane przez żołnierzy francuskich na esesmanach i żołnierzach Wehrmachtu.

Zgodnie z ustaleniami teherańskimi i jałtańskimi Francuzi mieli prawo na swoim terytorium czuć się gospodarzami. Mundur SS jeńca niemieckiego pojmanego przez oddziały francuskie najczęściej oznaczał wyrok śmierci. Zabitych wpisywano na listy poległych w czasie walki.

Nieznana jest też liczba wyroków na przedstawicielach wojskowej administracji niemieckiej w małych miastach. Istnieją jednak zeznania wskazujące, że ci, którzy w porę się nie ewakuowali, byli likwidowani przez lokalne komórki ruchu oporu bądź trafiali w ręce odbudowanej armii francuskiej, co nadal mogło oznaczać egzekucję.

W 1944 r. wyzwalana Europa wrzała od wściekłości na Niemców. Teraz myśliwi stali się zwierzyną łowną. W 1945 r. Specjalny Trybunał Grecki ds. Kolaborantów Nazistowskich z siedzibą w Janinie skazał zaocznie 1 930 kolaborantów na śmierć. Byli to greccy Albańczycy i muzułmanie współpracujący z Włochami i Niemcami.

Grecki wymiar sprawiedliwości skazał też na śmierć pierwszego kolaboracyjnego premiera, generała Georgiosa Tsolakoglou, ale ze względu na jego białaczkę wyrok zamieniono na dożywocie. Tsolakoglou zmarł w więzieniu trzy lata później. Drugi szef rządu kolaboracyjnego, Konstandinos Logotetopulos, po wycofaniu Wehrmachtu uciekł do Niemiec, gdzie został schwytany przez armię amerykańską i skazany na dożywotnie więzienie. W 1951 r. otrzymał zwolnienie warunkowe, ale zmarł w więzieniu. Trzeci i ostatni kolaborujący z Niemcami premier, Ioannis Rallis, został osądzony pod zarzutem zdrady, za co dostał dożywocie.

Nie tylko tych trzech kolaboracyjnych premierów uniknęło egzekucji. Także wielu urzędników niższego lub średniego szczebla, zwłaszcza członkowie Batalionów Bezpieczeństwa i żandarmerii zostali wkrótce zwolnieni z więzień i przywróceni na dawne stanowiska. Niestety, w nabierającej tempa greckiej wojnie domowej ich antykomunistyczne doświadczenia były ważniejsze niż ich zdrada na rzecz Niemiec w latach okupacji. W wielu przypadkach ci sami ludzie, którzy w czasie wojny współpracowali z Niemcami, w latach 1946–1949 zajęli wysokie stanowiska w służbie bezpieczeństwa. I podobnie jak podczas okupacji niemieckiej, nadal stosując te same metody, prześladowali byłych członków lewicowego ruchu oporu.

Już 30 marca 1943 r. prezydent RP Władysław Raczkiewicz wydał dekret o odpowiedzialności karnej za zbrodnie wojenne. Był to pierwszy tak szczegółowy akt prawny w tej dziedzinie. Inne państwa koalicji antyhitlerowskiej jeszcze nie zastanawiały się nad odpowiedzialnością karną za niemieckie zbrodnie wojenne. Dzięki mrówczej i bardzo niebezpiecznej pracy Delegatury Rządu na Kraj i Kierownictwa Walki Cywilnej już pod koniec 1943 r. w należącym do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Biurze dla Spraw Zbrodni Wojennych zgromadzono 4 tys. nazwisk sprawców przestępstw wojennych w Polsce. We współpracy ze Światowym Kongresem Żydów prawnik Manfred Lachs założył osobną komórkę dotyczącą zbrodni na Żydach. Wbrew powtarzanym za zachodzie półprawdom, warto podkreślić, że już wtedy polskie MSW zorganizowało jako jedyny rząd świata wspólne konferencje ze Światowym Kongresem Żydów, podczas których nie tylko zastanawiano się jak pomóc Żydom w okupowanej Polsce, ale takżem jak ukarać organizatorów Holocaustu.

Po zakończeniu wojny podstawą karania zbrodniarzy wojennych stały się nowe przepisy państwa komunistycznego. Na podstawie dekretu z 31 sierpnia 1944 r. powołano Specjalne Sądy Karne i Najwyższy Trybunał Narodowy. Miały one karać wszystkie czyny popełnione w okupowanej Polsce od 1 września 1939 r. do zakończenia wojny przez wszystkich funkcjonariuszy Gestapo, SS i SD oraz członków NSDAP. Sądy te mogły orzekać tylko jeden rodzaj sankcji – karę śmierci. Wyroki SSK były prawomocne i ostateczne. Zmienić je mogła jedynie decyzja przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta.

14 kwietnia 1945 r. powołano do życia Centralny Rejestr Zbrodniarzy Wojennych i Podejrzanych (Central Registry of War Criminals and Security Suspects – CROWCASS). Podzielono go na sekcje: aresztowanych, poszukiwanych, świadków i jeńców wojennych.

Przez pięć lat po wojnie Polska wpisała na tę listę nazwiska 7 405 zbrodniarzy. Jak duży był opór administracji niemieckiej do wydawania zbrodniarzy wojennych, świadczy fakt, że ostatecznie ekstradowano do Polski tylko 1 803 przestępców niemieckich.

Nie zawsze jednak winę za ten stan rzeczy ponosili Niemcy lub alianci. Badania dowodzą, że większość odmów ekstradycji wynikała ze źle wypełnionej dokumentacji przez stronę polską. Z niemieckich stref okupacyjnych ekstradowano do krajów sprzymierzonych ok. 4 tys. osób. Z kolei Elżbieta Kobierska-Motas wyliczyła (mimo braku części materiałów źródłowych), że do Polski ekstradowano 2 022 oskarżonych, w tym 1 342 etnicznych Niemców. Mimo że wśród ekstradowanych większość (1 204) stanowili członkowie załóg niemieckich obozów, więzień i gett, to tylko nieliczni z nich zostali skazani na śmierć. Orzeczono bowiem „jedynie” 193 kary śmierci, 1 307 kar pozbawienia wolności od roku do 15 lat, 69 kar dożywocia, a 101 osób uniewinniono. Na ławach oskarżonych zasiadło też 257 funkcjonariuszy niemieckiej policji oraz 74 urzędników administracji Generalnej Guberni.

Nie były to oczywiście wszystkie wyroki. Hitlerowskie zbrodnie i kolaboracja z Niemcami nie ulegają przedawnieniu, dlatego od 1945 do 1988 r. zapadło aż 20 tys. wyroków skazujących zbrodniarzy lub zdrajców narodu polskiego. Siedem procesów uznanych za najważniejsze przeprowadzono przed Najwyższym Trybunałem Narodowym: gaulaitera Kraju Warty Artura Greisera, komendanta obozu w Płaszowie Amona Götha, czterech szefów policji w okupowanej Polsce, komendanta obozu w Auschwitz Rudolfa Hössa, 40 członków załogi oświęcimskiej, gauleitera Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie Alberta Forstera, szefa rządu Generalnego Gubernatorstwa Josefa Bühlera. Z 49 postawionych przed sądem oskarżonych Najwyższy Trybunał Narodowy skazał łącznie 31 na karę śmierci, resztę na kary więzienia, a jednego uniewinnił.

Szczególnie dramatycznie przebiegał pierwszy proces załogi obozu koncentracyjnego w Majdanku. Rozpoczął się on jeszcze w 1944 r., kiedy część Polski nadal była pod brutalną okupacją niemiecką. Zapewne do Berlina dotarło dramatyczne przemówienie prokuratora Sawickiego, który mówił: „Jest jeszcze jedna potworność Majdanka. W dzień okropne bicie, katusze, gazowanie, palenie, a w nocy wracał taki człowiek do swojej Frau. Poza cieniem śmierci jest barak, zielono pomalowany, a w nim biały obrus, patefon i pianino. Hitlerowiec umywa ręce z krwi i przynosi do domu jako Geschenk buciczki zdarte z drgającego jeszcze w agonii dziecka polskiego. Albo Weihnachten i chóralny Lied i słynna Gemütlichkeit, a pod choinką suknie po zagazowanych, przyniesione z pralni i zerwane z szyi mordowanych medaliony, w który wstawia swoją fotografię zur Erinnerung”. W czasie tego procesu padły wstrząsające słowa, które musiały przerazić czytających je Niemców: „…z tego miejsca nie waham się przyznać, iż rozumiem średniowieczne kary. Nie wstydzę się Wam powiedzieć, że rozumiem dobrze, iż można domagać się łamania kości, wyrywania poszczególnych części ciała, przypiekania rozżarzonym żelazem, rozrywania końmi”.

Wydaje się, że Polska najrzetelniej rozliczyła się ze swoimi oprawcami i zdrajcami. Niekoniecznie. Do końca lat 70. XX w. na listę ściganych wpisano od 80 do 100 tysięcy nazwisk. Z tego w ramach dekretu sierpniowego skazano mniej niż 18 tysięcy. W dodatku procesy oparte na dekrecie sierpniowym nadal wzbudzają kontrowersje w środowisku prawniczym. Dekret przewidywał dla winnego jedynie karę śmierci. Dość często orzeczenie o winie zapadało przy niewystarczających dowodach, sprzecznych zeznaniach świadków lub przyznaniu się do winy wymuszonym torturami przez śledczych z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Efekt propagandowy był ważniejszy od dochodzenia do prawdy, a adwokaci, którzy przeszli piekło okupacji, ograniczali się jedynie do niechętnego zgłoszenia prośby o łagodniejszy wymiar kary.

Ostatecznie polskie sądy skazały 15 proc. załóg obozów koncentracyjnych, co było zdecydowanie „najwyższym wynikiem” w procesie ścigania niemieckich zbrodniarzy w całej Europie.

Po upadku komunizmu i wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej polscy śledczy dostali nowe instrumenty poszukiwania winnych zbrodni. Niestety, ze względu na fakt, że większość poszukiwanych już nie żyje, procesy odbywają się jedynie w celu wyjaśnienia spraw, a nie ukarania winnych.

Reklama
Reklama

ZOBACZ WIĘCEJ ARTYKUŁÓW Z RZECZPOSPOLITEJ

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon