Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Nieopodal Bydgoszczy tyka największa bomba ekologiczna w Europie

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska 2018-04-02 Małgorzata Święchowicz

© Dostarczane przez Newsweek Polska
Mają tu bombę ekologiczną chyba największą w Europie. I mają swoją Erin Brockovich, która walczy, apeluje, składa petycje. Choć wielu wolałoby, żeby siedziała cicho.

Idziemy na składowiska odpadów po dawnych Zakładach Chemicznych „Zachem” w Bydgoszczy. Kawałek przez las, do ogrodzenia z drutem kolczastym i tabliczkami: „Obiekt chroniony”. Rozglądamy się, żadnej ochrony nie widać, a ogrodzenie jest dziurawe.

Przechodzimy.

– Czyż to nie idealny plener na zdjęcia ślubne? Mówi się przecież, że miłość to chemia – próbuje żartować Renia Włazik, gdy stoimy już na największym ze składowisk. Szacuje się, że to 2,5 mln ton odpadów oraz skażonych gruntów. A to tylko jedno ze składowisk.

Zakładamy maseczki, Renia dodatkowo owija jeszcze twarz szalikiem, a i tak później długo ją będzie męczyć suchy kaszel. Nie powinna tu przychodzić, ma astmę. Ale przychodzi, robi zdjęcia. – Za każdym razem, gdy jestem, mam wrażenie, że składowisko żyje. Czasami jest trochę większa góra, a czasami głębszy dół, jakby ktoś tu czegoś dołożył, później ujął – opowiada. Robi zdjęcia, porównuje. Tłumaczy, że teren dawnego „Zachemu” podzielono na działki, część przechodzi z rąk do rąk. Nawet, jeśli widać wyraźnie, że ktoś wybierał stąd skażoną ziemię, to szukaj wiatru w polu – nie wiadomo, kto ją wywiózł, gdzie i po co. – Może sprzedał jako ziemię ogrodową i teraz jest gdzieś na grządkach przygotowanych pod nowalijki? – mówi Renia Włazik. Mieszka niedaleko, na bydgoskim osiedlu Łęgnowo Wieś. Założyła grupę na Facebooku, co chwilę wrzuca coś, co dotyczy tych skażonych terenów.

Ostatnio zostawiła samochód pod lasem, wraca, patrzy: wyrwane lusterka, połamane wycieraczki.

– Nie jestem za bardzo lubiana. Niektórzy woleliby, żebym siedziała cicho. Można by dalej udawać, że nie mamy tutaj największego w Europie zagrożenia – mówi. I wyjaśnia: niektórzy, nieświadomi, sprowadzili się niedawno w te okolice, zbudowali domy. Inni mają tu pola, uprawy. Jeśli zrobi się głośno o skażeniu, kto od nich kupi dom albo to, co zbiorą z pól? Tak, niechętnie patrzą na to, że ona trąbi o katastrofie ekologicznej. Rzadko ktoś powie, z uznaniem, że jest jak Erin Brockovich – ta amerykańska aktywistka od ochrony środowiska, którą w filmie zagrała Julia Roberts. Z wykształcenia jest gerontologiem (to taki pedagog zajmujący się starszymi osobami), teraz bezrobotna, samotna matka zajęta skażeniem. Zbiera informacje, dokumentuje, składa zawiadomienia, pisze petycje.

Tajna produkcja

Składowisko przez które brniemy, nazwano „Zielona”, a wygląda, jakby ktoś wyssał stąd życie. Suche pagórki, łachy piachu, rozlewiska i długa kładka, która z daleka przypomina molo w Sopocie.

Gdy później będę rozmawiać z dr. hab. Mariuszem Czopem z katedry hydrogeologii i geologii inżynieryjnej AGH, powie, że ilekroć staje przy tym „molo”, czuje wstyd za polskie państwo. Kiedyś to miejsce oglądali goście z zagranicy, łapali się za głowę. – Patrzyli na ten zdegradowany krajobraz, rdzewiejące rury, beczki, odcieki, pytali: „Boże, jak to możliwe, że nikt tego nie porządkuje? I dlaczego nie ma tu żadnych zabezpieczeń?” – wspomina krakowski naukowiec. Kieruje zespołem, który od siedmiu lat bada tereny po dawnym „Zachemie”.

Wcześniej – w czasie II wojny światowej – zajmowane przez Dynamit–Aktien Gesellschaft Fabrik Bromberg. Trotyl, nitrogliceryna, proch bezdymny – wszystko szło na front wschodni. Później, gdy na zrębach tamtej fabryki powstał „Zachem”, produkcja była podobna, ściśle tajna. Najpierw trotyl, później heksogen. Z czasem barwniki, żywice, laki. A także: syntetyczny fenol, anilina.

Skażona woda

Gdy naukowcy z AGH zaczęli badać te tereny, spodziewali się, że to będzie ciekawy projekt badawczy, ale nie sądzili, że trafią na skażenie o tak wielkiej skali. Ślady po dawnej produkcji są nie tylko na składowiskach odpadów. Wypełzły spod nich, migrują pod ziemią. Udało się zlokalizować pięć ogromnych chmur, które wyniosły zanieczyszczenia już poza teren dawnego „Zachemu”, w rejon domów.

Naukowcy z AGH przebadali przydomowe studnie, okazało się, że woda nie nadaje się ani do picia, ani mycia, ani nawet podlewania trawnika. W wodach podziemnych i powierzchniowych w tej okolicy przekroczone są normy m.in. toluenu (stosowany do produkcji materiałów wybuchowych, paliw, barwników, szkodliwy dla układu oddechowego, krwionośnego, rozrodczego, nerwowego), toluidyny (jest toksyczna, rakotwórcza), a przede wszystkim fenolu (może powodować wady genetyczne, nieżyty dróg oddechowych). W jednej z pobranych próbek przy składowisku odpadów „Zielona”, poziom fenolu był 150 tysięcy razy wyższy, niż przewiduje norma dla wód pitnych! Naukowcy z krakowskiej AGH mówią, że przy takim stężeniu wystarczyłoby tego tyle, co kostka cukru, aby zatruć wodę w olimpijskim basenie.

Szacują, że skażony obszar obejmuje 2,5 tys. hektarów. Chmury zanieczyszczeń – jak zauważyli – przemieszczają się sukcesywnie. Część niebezpiecznie zbliża się do innych bydgoskich osiedli, część płynie w kierunku obszaru chronionego Natura 2000 i Wisły. Jeżeli dostaną się do rzeki, a nią do Bałtyku, możemy mieć katastrofę ekologiczną na skalę dotąd w Europie niespotykaną.




Reklama
Reklama

Więcej na Newsweek.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon