Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Ofiara pedofila: „Płakałam z radości, że wreszcie ktoś to opowiedział”

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska 2019-08-23 Renata Kim
© Dostarczane przez Ringier Axel Springer Sp. z o.o.

[TEKST MOŻE ZAWIERAĆ TREŚCI NIEODPOWIEDNIE DLA MŁODSZYCH CZYTELNIKÓW]

Kiedy jechaliśmy na występy, on chodził po autokarze, sadzał dziewczynki na kolanach i wkładał im ręce w majtki i pod bluzki. Dotykał. Wszyscy to widzieli, dorośli też – opowiada ofiara Krzysztofa Sadowskiego, oskarżanego o pedofilię twórce Tęczowego Music Boxu.

NEWSWEEK: Czy pamięta pani dzień, w którym został opublikowany pierwszy artykuł na temat pedofilii w Tęczowym Music Boxie?

EWA GAJDA: Tak. Byłam w pracy, dostałam SMS-a od mamy z pytaniem, czy mogę rozmawiać, bo jest pilna sprawa. Szybko oddzwoniłam, bo mama jest poważnie chora, przestraszyłam się. Powiedziała, że wypłynęła sprawa Krzysztofa Sadowskiego. Wróciłam do biurka, przeczytałam artykuł i się popłakałam. Z radości.

Z radości?

– Tak. Cieszyłam się, że to w końcu wyszło na jaw. Ja przez cały ten czas, przez te 27 lat od czasu gdy śpiewałam w dziecięcym zespole Tęcza, czułam się z tym sama. To było potworne. Są ofiary, które Krzysztof Sadowski skrzywdził dużo bardziej niż mnie, ale ja ze swoją traumą i pamiątką złego dotyku byłam przez całe życie sama. Jak już byłam dorosła, to szukałam osób, które mogły przeżyć to samo, ale nie znalazłam. Miałam koleżanki, które były ze mną w Tęczy, ale nic złego ich nie spotkało. Nie miałam dowodu, że ktoś jeszcze był ofiarą Sadowskiego. A tu nagle znalazłam potwierdzenie mojej historii.

Co pani zrobił Krzysztof Sadowski?

– On mnie tylko dotykał.

Co to znaczy?

– To się zdarzało często, kiedy jechaliśmy na występy. On chodził po autokarze, sadzał dziewczynki na kolanach i wkładał im ręce w majtki i pod bluzki. Dotykał. Spotykało to mnie i inne dzieci, wszyscy to widzieli, dorośli też. Pamiętam panią Lilianę, żonę Sadowskiego, która chodziła po autokarze i widziała, że on zmieniał miejsca, sadzał sobie kolejne dziewczynki na kolanach. Jestem pewna, że pani Liliana o wszystkim wiedziała.

Rozmawiała pani o tym z innymi dziećmi?

– Nie. Moja przyjaciółka, która była ze mną w Tęczy, ode mnie dowiedziała się, że byłam molestowana, kiedy obie miałyśmy po 19 lat.

To był taki wstyd?

– Tak. Sprawcy molestowania tacy jak Sadowski zawsze ostrzegają ofiary, że nie wolno o tym mówić, że jak się ktoś dowie, to będzie ich wina. Do mnie Sadowski mówił, że jestem niedopieszczona i on mnie dopieści. Tylko żebym nie mówiła o tym jego córce Marysi i pani Lilianie, bo będą zazdrosne. Zapamiętałam to, bo to było takie obleśne. Poza tym manipulował mną, dawał mi drobne na lody, na cukierki, wszystkim dziewczynkom dawał kolorowe czasopisma, plakaty. Zapraszał nas do swojej piwnicy, w której urządził studio, miał takie pisma jak „Bravo” czy „Popcorn”.

Czytaj więcej: Znany muzyk Krzysztof Sadowski oskarżony o pedofilię. Dziennikarz opisał kilkanaście przypadków molestowania nieletnich

Bała się go pani?

– Nie. Bo on miał maskę dobrego wujka, takiego, który da cukierki pogłaszcze, poprzytula. A przy okazji włoży rękę w majtki. Ale były dzieci, które już wtedy miały jakiś mechanizm obronny. Napisała do mnie ostatnio jedna dziewczyna, że jak Sadowski przychodził wieczorem do pokoju na obozie, to ona uciekała do łazienki. Wracała dopiero jak on wyszedł. Ja się go zaczęłam bać dopiero później, kiedy na obozie położył mnie do swojego łóżka, pod ścianą, zagradzając mi drogę zejścia, a potem rozpiął rozporek. Uciekłam mu. Miałam 10 lat i dopiero wtedy się przestraszyłam. Opowiedziałam o tym sąsiadce z bloku, lekarce, która była z nami na obozie i ona mnie stamtąd zabrała, jeszcze przed końcem turnusu. Mnie, swoją córkę i jeszcze jedną dziewczynkę.

Czytaj dalej >>>>>>>>>

Po powrocie do domu opowiedziała pani o wszystkim mamie.

– Tak. I na szczęście mi uwierzyła, poszła na komisariat rejonowy na Ursynowie, ale tam rozłożyli ręce i odesłali ją do komendy na Mokotowie. Tam mnie przesłuchiwano, to było paskudne. Nie pamiętam szczegółów, ale były tam dwie panie, które próbowały mnie zmusić do wskazania dokładnej daty, kiedy byłam molestowana. Nie umiałam tego zrobić, pokazałam tylko na ściennym kalendarzu dwie daty: albo ta, albo ta. A one: która bardziej? Zdecydowałam się na jedną, ale okazało się, że pan Sadowski ma na ten dzień alibi. I sprawa została umorzona. Mimo że jedna z tych pań, biegła psycholog, w opinii do umorzenia napisała, że nie stwierdziła oznak konfabulacji. Nigdy nie wróciłam do Tęczy.

Jak sobie pani poradziła z tą traumą?

– Do 13. roku życia nie sprawiałam większych kłopotów wychowawczych, ale później, w okresie dorastania, zaczęłam szaleć. Byłam zbuntowana, uciekałam z domu, miałam próby samobójcze. Tych prób było wiele, na szczęście moi rodzice widzieli, że powinnam chodzić na terapię i mogli sobie na nią pozwolić. I chodziłam na tę bardzo kosztowną terapię przez całe liceum, dwa razy w tygodniu. Tylko dlatego jestem dziś w stanie o tym rozmawiać, mogłam się ujawnić. I wiem, że to nie jest mój wstyd być ofiarą pedofila, tylko wstyd jest być pedofilem.

Pani historii nie było w tekście opublikowanym w internecie przez dziennikarza Mariusza Zielke.

– Nie, nie znałam autora. To bardzo dziwne, bo mamy podobne zainteresowania, a nigdy nie wpadłam na jego książki. Natychmiast się do niego odezwałam, odpisał, spotkaliśmy się. Powiedział mi, że wciąż zgłaszają się do jego kolejne ofiary Krzysztofa Sadowskiego.

I w trakcie tego spotkania w mediach pojawiło się jego oświadczenie, że to wszystko nieprawda. Przeczytałam je na głos, przy Mariuszu i mojej mamie, i to mną nieprawdopodobnie wstrząsnęło, jak można tak kłamać. Już wtedy wiadomo było, że dwie osoby zgłosiły sprawę w prokuraturze. A Sadowski zapewniał, że oskarżenia sfabrykowała chora psychicznie osoba, która próbuje na nim wymusić jakieś pieniądze. A ja wiem, że żadna z dziewczyn przez te 27 lat nie kontaktowała się z nim, żadna nie chciała odszkodowania. Ja bardzo bym chciała odszkodowania, ale nie dla siebie, tylko dla jakiejś organizacji, która działa na rzecz ofiar pedofilii. Chciałabym, żeby Krzysztof Sadowski zapłacił potworne pieniądze, żeby go to zrujnowało.

Zemsta?

– Nie. Zadośćuczynienie dla dzieci, które skrzywdził przez 40 lat swojej działalności publicznej. Takich dzieci mogą być setki.

Dlaczego przez tyle lat nikt o tym głośno nie mówił?

– To nie jest prosta i oczywista sprawa. Po pierwsze, pan Sadowski jest człowiekiem, który ma mocne plecy w świecie polityki, wymiaru sprawiedliwości i w show-biznesie. I ja o tym wiem, to nie jest przypuszczenie. Skończyłam psychologię kliniczną i w czasie studiów zajmowałam się przestępczością seksualną, nie bez powodu. Robiłam również praktyki w policji, która wydawała wtedy takie czasopismo „Policja”. I widziałam go na zdjęciach, jak się bawi z policjantami, sędziami i prokuratorami, jak im przygrywa na rautach. I zdałam sobie sprawę, że jestem malutka i jeśli wystąpię przeciwko niemu publicznie, to on mnie zniszczy. Teraz już nie jestem sama, ale nadal się go boję.

Czytaj także: Ksiądz Henryk Jankowski: Za fasadą dobrodzieja i księdza „Solidarności” ukrywał się potwór

Co mógłby pani zrobić?

– Nie wiem. On przedwczoraj dzwonił do jednej z ofiar, nie odebrała telefonu. Ale Mariusz Zielke, który mi o tym powiedział, ostrzegł: „Ewa, uważaj na siebie. Zainstaluj nagrywanie rozmów w telefonie”. Na szczęście Sadowski nie ma mojego telefonu, ale jeśli będzie chciał, to go znajdzie. Nie wiem, czego chciał od tamtej dziewczyny. Czy ją przekupić, przestraszyć, czy może przeprosić. Ale w to akurat nie wierzę.

Była pani zdziwiona, że odzew na artykuł o pedofilii w Tęczowym Music Boxie jest tak niewielki?

– Ja dostałam bardzo duże wsparcie społeczne, kiedy napisałam na Facebooku, że po tekście jest dziwna cisza i zamiatanie sprawy pod dywan. I wtedy ruszyła lawina, pisało do mnie wiele osób pisząc o tym, jak były molestowane. Ale też pisali nieznani ludzie, że jestem dzielna, że to ujawniłam, bo oni przeżyli molestowanie, ale nie są w stanie o tym mówić. Nie mogą wystąpić przeciwko sprawcy, bo jest osobą publiczną. Zachęcam takie osoby, by korzystały z pomocy prawników, którzy prowadzą takie sprawy pro bono, żeby szukały centrów pomocy kryzysowej. I mediów, bo niektóre są pomocne. I uczciwie traktują temat.

Żal pani rodziny Krzysztofa Sadowskiego? Córki? Żony?

– Żony? Absolutnie nie. To jest kobieta, która nienawidziła dzieci i której się bałam. Jedna z ofiar opowiedziała mi, że to ona zamykała piwnicę, w której ta dziewczynka nocowała. Mariusz mi opowiadał, że kiedy zaczęły się pojawiać informacje o kolejnych ofiarach, powiedziała: „o matko, o mój Boże, no trudno”. To jest takie: mleko się wylało, trudno. A Maryśka? Uważam, że ona jest ofiarą tego układu, niezależnie czy wiedziała cokolwiek. Wystąpienie przeciwko własnemu ojcu byłoby skrajnie trudne. Wiem, że wylał się na nią straszny hejt, ale nie zasłużyła. Ona tylko wychowała się w układzie stworzonym przez Sadowskiego i jego żonę. Jej mi jest szkoda.

A telewizja? Czy tam ktoś wiedział, co się dzieje w popularnym programie dla dzieci?

– Myślę, że tak. Wszyscy wiedzieli, ale zajmowali się ważniejszymi rzeczami. Podobnie jak w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym, które wydało oświadczenie, że prezes zamiast zajmować się sprawami stowarzyszenia, zajmuje się obmacywaniem dziewczynek! Skandal. To dla nich był skandal, nie pedofilia.

Dlaczego zdecydowała się pani mówić o tym wszystkim pod nazwiskiem?

– Strasznie mnie wkurzyło, że Sadowski powiedział, że sprawy nie było, że to tylko jedna osoba go oskarża. A była sprawa. Ja w ‘92 roku zeznawałam na komisariacie. Sprawa została zamieciona pod dywan, to było systemowe chronienie sprawcy, który był blisko związany z władzą. Wkurzyło mnie to, że oczerniają dziewczynę, że leczy się na depresję, a oni dawali jej pieniądze. Może się leczy, ale ja się leczę na depresję od niemal 30 lat!

Co by było dla pani zadośćuczynieniem?

– Ja przede wszystkim chciałabym, żeby on był izolowany, żeby nie mógł już dotknąć żadnego dziecka. Dziecka sąsiada, znajomego, dziecka, które chce zrobić karierę artystyczną. Nie wierzę już w sprawiedliwość, sprawa uległa przedawnieniu. Ja uważam, że to jest cholernie niesprawiedliwe, bo dziewczynom się nie przedawnia. Dziewczyny, chłopcy, ludzie – leczą się latami. Biorą latami leki. Im się nie przedawnia, przedawnia się tylko sprawcom. Po 15 latach nie ma winy. Nie ma winy złamania życia wielu osobom. Wiem, że w obecnym systemie prawnym to niemożliwe, ale chciałabym, żeby Krzysztof Sadowski poszedł do więzienia. I żeby spędził tam resztę życia.

Zobacz więcej: Grzechy króla popu. „Leaving Neverland”, opowieść ofiar Michaela Jacksona

Reklama
Reklama

Więcej na Newsweek.pl

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon