Używasz starszej wersji przeglądarki. Aby w optymalny sposób korzystać z witryny MSN, używaj obsługiwanej wersji przeglądarki.

Zrozpaczeni dyrektorzy szkół specjalnych: o naszych dzieciach rząd zapomniał

Logo Onet Wiadomości Onet Wiadomości 2020-09-26 Magda Wrzos

Zdjęcie ilustracyjne © Светлана Зайцева/Getty Zdjęcie ilustracyjne

- Złożyłam wniosek do sanepidu o zgodę na edukację hybrydową, ponieważ 90 proc. naszych uczniów to dzieci chore, w grupie ryzyka zakażeniem COVID-19. Odpowiedź była pozytywna. Trzy dni przed rozpoczęciem roku sanepid zgodę wycofał - mówi w rozmowie z Onetem Izabela Popławska, dyrektor Społecznej Podstawowej Szkoły Specjalnej w Józefowie. “Hybrydę” dostaną, gdy będzie pierwsze zachorowanie.

  •  Dyrektorzy drżą: może być za późno. Mimo apeli nie doprosili się w MEN żadnej ochrony dla swoich podopiecznych. Alarmują, że w przypadku niepełnosprawnych i chorych dzieci izolacja pozostaje fikcją 
  • Skarżą się, że MEN nie wspomogło ich finansowo. W szczególnie trudnej sytuacji są dyrektorzy szkół specjalnych niepublicznych (działających jak szkoły publiczne – z dotacją państwa). Płyny dezynfekujące i ozonatory kupili sami, zapłacili od kilku do kilkunastu tys. zł 
  •  - Najtrudniejsza jest świadomość odpowiedzialności za dzieci, wciąż działamy po omacku – wyznaje w rozmowie z Onetem dyrektor Urszula Majcher-Legawiec, dyrektor Zespołu Szkół Specjalnych im. Ludwika Jerzego Kerna w Krakowie. Tuż po rozpoczęciu roku złożyła wniosek o edukację zdalną dla kilkorga dzieci, do dziś nie ma odpowiedzi
  •  - Napisałam pismo do MEN z prośbą o szczegółowe wytyczne dla szkoły. Odpisali, że mam kierować się zdrowym rozsądkiem - mówi Iwona Longa, dyrektor Zespołu Szkół Specjalnych nr 4 w Krakowie 
  •  Na pytania Onetu MEN od kilku tygodni nie odpowiedziało
  • Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Dzieci są bardzo chore. Z wadami serca, nowotworami, z zespołem Downa i Aspergera, uczniowie autystyczni, ze znaczną niepełnosprawnością, dzieci z domów pomocy społecznej.

Przez wiele miesięcy pozbawione były edukacji i terapii. Pracują dobrze tylko w bezpośrednim kontakcie. Rodzic nie ma takiego autorytetu, jak nauczyciel. - Największa strata to brak terapii. Nie do odrobienia, mimo wzmożonych ćwiczeń - mówi dyrektor Iwona Longa. W jej szkole uczy się 140 dzieci, większość z niepełnosprawnością intelektualną.

Wróciły do szkół. Ale nowy rytm jest dla nich trudny. Nie ma zajęć na basenie, hipoterapii, dogoterapii. Nie ma wizyt specjalistów z zewnątrz, żadnych warsztatów. Nie ma ważnego w terapii łączenia grup.

Jest strach. - To kruche dzieci. Zakażenie postawi pytanie nie o to, czy dziecko przejdzie infekcję ciężko, czy lekko, ale czy przejdzie ją w ogóle - mówi dyrektor Majcher-Legawiec, odpowiedzialna za prawie 30 uczniów z licznymi problemami zdrowotnymi.

Nie ma żadnej pomocy Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ani finansowej, ani merytorycznej. - Działamy tylko intuicyjnie - żalą się dyrektorzy. - Nikt nas nie słucha, że trzeba zapobiec zakażeniom - mówi dyrektor Popławska, która otacza opieką 70 dzieci.

Tu izolacja nie istnieje

- Do dzieci z niepełnosprawnościami nie trafia komunikat: nie zbliżamy się do siebie, często nie ma możliwości, żeby dziecko nie wyściskało nauczyciela. Dzięki temu czują się często bezpieczniej - tłumaczy Iwona Longa.

Kontakt fizyczny to kluczowy element opieki i terapii – obecny choćby podczas rehabilitacji. Regularnie ust dzieci dotyka też logopeda, instruując jak prawidłowo ułożyć język. - Gdy dzieci są zakatarzone, to my wycieramy im nosy, codziennie pomagamy zjeść obiad, wyprowadzamy do łazienki - wylicza dyrektor ZSS nr 4 w Krakowie.

Jednocześnie, są to dzieci z obniżoną odpornością. - Rok temu od listopada nie było dnia bez infekcji. Już teraz stresuję się, gdy dziecko ma podwyższoną temperaturę, nie wiem, jak odróżnić groźne objawy. Martwię się, że zachoruje pracownik, wtedy nasza codzienna organizacja się sypie, ponieważ musimy mieć dwóch nauczycieli na piątkę dzieci - tłumaczy Popławska.

Dyrektorzy czekają w napięciu na pierwsze zakażenia COVID-19, bo są niemal pewni, że ktoś w końcu zachoruje i niestety rozniesie wirusa.

Płyn śmierdzący albo żaden

- Była akcja straży pożarnej, szkoła dostała płyn odkażający i termometr elektroniczny. Jesteśmy wdzięczni. Ale to mało. Sama kupiłam dwa ozonatory i lepszy płyn do dezynfekcji, nie liczę już na ministerstwo, ostatnio wysłało płyn dopiero pod koniec czerwca. Zainwestowałam w rękawiczki, używamy je w dużych ilościach, a ceny już idą w górę - mówi Popławska. Koszt? Kilkanaście tysięcy złotych. Kolejne pieniądze pójdą na szczepionki dla kadry. Żeby uchronić opiekunów przed grypą.

MEN wysłało maseczki, ale ich się w szkołach specjalnych nie używa, są dostępne dla rodziców. - Przywykliśmy już do naszego dziwnego wyglądu, ale dla dzieci to straszny widok. Nie możemy wystąpić przed nimi w maseczkach - tłumaczy Iwona Longa. Jej szkoła - publiczna - dostała też płyn dezynfekujący. - Niestety, zostawia tłustą warstwę na dłoniach i tak śmierdzi, że dzieci skarżyły się na ból głowy - opowiada. Kupiła inny, droższy, z pieniędzy szkolnych. Dla nauczycieli przyłbice. Plus ozonator. W sumie kilka tysięcy złotych.

Zwiększyła się powierzchnia odkażania pomieszczeń, trzeba to robić dwa razy częściej. - Dezynfekujemy regularnie sale, sprzęt i każdą jedną rzecz, z którą pracuje dziecko. Wygląda to inaczej niż w zwykłej szkole - tłumaczy Longa.

- Dochodzą nadgodziny i strój dla pracownika, który ozonuje sale – jedna sala to ok. pół godziny – dodaje Popławska. Spore sumy przeznaczono na parownice do odkażania placów zabaw czy dodatkowy sprzęt rehabilitacyjny, żeby dzieci nie korzystały ciągle z jednego.

Nauka zdalna bez komputerów

Edukacja zdalna to niesłychanie trudne wyzwanie organizacyjne. Mimo wysiłków dyrektorów, terapeutów i rodziców, często nie do zrealizowania. - Większość dzieci nie nadaje się do pracy przed komputerem, te które jakoś sobie radzą, potrzebują pomocy rodzica lub opiekuna. Gdy w domu jest rodzeństwo, ono szybciej “zajmie” sprzęt - tłumaczy dyrektor Iwona Longa.

Mimo to nauczyciele w ciągu kilku miesięcy stworzyli własne plany nauczania, najczęściej zindywidualizowane, dostosowane do potrzeb każdego ucznia, lekcje trwają po 20-30 minut. Ale brakuje komunikatorów. - Nasza szkoła nie dostała dofinansowania do ani jednego komputera, choć o to wnioskowałam - mówi Popławska, żaląc się, że kolejny raz szkoła niepubliczna (choć działająca na prawach szkoły publicznej) jest traktowana gorzej niż szkoły publiczne.

- Sama kupiłam z naszej dotacji 10 laptopów, choć to kropla w morzu potrzeb. Szykuję się na najgorsze, mamy 70 uczniów, w większości bardzo chorych oraz 40 nauczycieli. Ryzyko zakażenia jest ogromne. Jeśli to się stanie, w kwarantannie będzie wraz z rodzinami ok. 250 osób - szacuje.

Wytyczne? “Zdrowy rozsądek”

Procedury były niejasne. Popławska wśród licznych pytań do sanepidu, wystosowała pytanie: czy stan podgorączkowy to 37,5 czy 38 – jak podawano w nowych instrukcjach? - W odpowiedzi napisali, że sanepid nie jest od szczegółowych wytycznych i odesłali mnie na stronę internetową MEN - relacjonuje dyrektor szkoły w Józefowie.

Zarządzający placówkami wysyłali pisma, na spotkaniach prosili o inną ścieżkę postępowania w przypadku szkół specjalnych. Chcieli uzyskać wskazówki, by uchronić dzieci przed zakażaniem. Bezskutecznie.

- Napisałam pismo do MEN z prośbą o szczegółowe wytyczne dla naszej szkoły. Odpisali, że mam kierować się zdrowym rozsądkiem - mówi dyrektor Longa.

O uciążliwym braku wsparcia merytorycznego mówią dyrektorzy szkół niepublicznych (działających na prawach publicznych). - Dotkliwe pomijano nas w dostępie do informacji, sami musieliśmy rozplanować wewnątrzszkolne procedury. Mam duży niepokój o dzieci - wyznaje dyrektor Majcher-Legawiec.

Ministerialne procedury pozostały mgliste.

“Niech chociaż nie przeszkadzają”

Edukacja zdalna uczniów z niepełnosprawnościami to kłopot, ale - choć z przeszkodami - można ją powoli realizować. Terapii bezpośredniej nie zastąpi nic. Dlatego dyrektor Popławska wymyśliła własny system. - Uczniowie przychodziliby na terapię i tylko raz w tygodniu na dwugodzinne spotkanie z nauczycielem “jeden na jeden” - tłumaczy. Dziś taką mieszaną formą opieki zainteresowanych jest około 10 osób, ale jesienią - jak szacuje dyrektor - chętnych będzie połowa rodziców.

Kilka dni przed rozpoczęciem roku Popławska złożyła wniosek do sanepidu o zgodę na edukację hybrydową, ponieważ 90 proc. uczniów to dzieci chore, a więc w grupie ryzyka zakażeniem. - W ciągu doby otrzymałam odpowiedź pozytywną. Ale w sobotę - trzy dni przed rozpoczęciem szkoły - sanepid zgodę wycofał. - Tłumaczyli, że nie mają uprawnień. Powiedzieli, że zgodę na “hybrydę” dostanę, gdy będzie pierwsze zachorowanie – dodaje.

Zgodę mogło wydać tylko kuratorium, które powiedziało, że to też nie jest w jego gestii. - Sanepid uznał pomysł za zasadny, ale odgórne wytyczne mówią jasno – edukacja zdalna może być wprowadzona, jeśli pojawi się koronawirus - tłumaczy Popławska.

- Nie mam więc szansy uchronić dzieci przed zakażeniem. Skoro nie potrafią pomóc, niech chociaż nie przeszkadzają - mówi. Zgody, mimo wielu prób, nie dostała.

Dyrektor Majcher-Legawiec ponad trzy tygodnie czeka już na opinię sanepidu w sprawie nauki zdalnej kilkorga uczniów. - O taką zgodę proszą rodzice z zaświadczeniem od lekarza prowadzącego dziecko. Myślałam, że będą traktowani priorytetowo, przecież to formalność - dziwi się. Dowiedziała się, że sanepid zajmuje się priorytetowo szkołami, gdzie koronawirus już jest, a decyzję ma podjąć sama.

- W MEN powiedziano mi, że nie ma dla takiej decyzji podstawy prawnej, mogę zasugerować rodzicom wystąpienie do poradni psychologiczno-pedagogicznej o przyznanie nauczania indywidualnego, wtedy dziecko może realizować je domu. Do tego czasu uczeń ma nieobecności - tłumaczy Majcher-Legawiec.

Dyrektorzy podkreślają - nasze dzieci nie przejdą bezobjawowo koronawirusa, one będą walczyły o życie.

Mimo wielu prób kontaktu, Ministerstwo Edukacji Narodowej od kilku tygodni nie odpowiedziało na nasze pytania dotyczące problemów szkół specjalnych.

Cieszymy się, że jesteś z nami. Zapisz się na newsletter Onetu, aby otrzymywać od nas najbardziej wartościowe treści

Piontkowski: szkoły nie mają prawa żądać od rodziców oświadczeń dotyczących koronawirusa

Reklama
Reklama

WIĘCEJ OD MSN

Reklama
image beaconimage beaconimage beacon